| Dla Małej |
Chodź! ... Ale ponad lasu ścianą ciemną
wicher napełni łzami twoje oczy
i z trudem wbijesz nartę w szklane zbocze.
Jeśli się tego lękasz — nie idź ze mną.
Jeżeli jednak pójdziesz, to przyrzekam,
że onieśmielą cię górskie olbrzymy,
że wrota czasu zobaczysz z daleka
i krew ci w żyłach zawrze. A wieczorem
mięciutkim śniegiem namiot uszczelnimy
i przed spoczynkiem złączymy śpiwory ...
Stokiem po lodzie tysiąc czartów goni,
Po raz kolejny nastał ranek świeży,
Nowa prognoza: zamieć i zawieja.
Wiosna już pewnie przyszła na Pokucie,
Siedzę przy biurku i walę w klawisze,
I o ikonie takiej marzę skrycie,
Ja z Twej twarzy zliżę krople potu.
Od łażenia już nas bolą nogi,
W puch dziewiczy ślad narty położę,
Jeszcze nie ma na bukach listowia
Jasna słoneczna plama zniknęła bez śladu,
A wtem w mokrym namiocie wschodzi niespodzianie
Dzień po dniu stoją w deszczu, chmurami zasnute,
Wtem, zanim nasze ciała przemiękną do kości,
Dla jednej takiej chwili warto było zmoknąć.
W moich żyłach wrze czerwona krew
W mojej piersi tkwi niezłomny duch,
Za plecami przewala się grom.
Pot na oczy już nie sączy się
Z wolna staję się słaby jak trup,
Serce zżera mi zwątpienia wąż ...
Biwak
Wiatr się na skały zawziął i wykroty,
ciężarne chmury od zachodu lecą —
rozstawiliśmy pod grzbietem namioty,
już nie dotrzemy dzisiaj do Smotreca.
nad głową tropik wściekle się szamoce.
Płomyczek świeczki w cieniu naszych dłoni
śniegu nie stopi, nie odpędzi nocy.
wiatr z nową mocą na zbocza uderzył,
wciąż są zawarte Czarnohory bramy.
Znów w naszych sercach zamiera nadzieja.
Kuszą nas góry ... Lecz jednak wracamy.
Wiosna
W dolinach słońce radośnie już świeci,
na grani nadal trwa surowa zima —
a ja bez sensu błądzę w internecie,
żeby zapomnieć, że w górach mnie nie ma.
gdy w szarym mieście ciułam nędzne grosze.
Znów zamieszkali pasterze w pryjucie
i śnieg popłynął z nurtem Czeremoszu.
z ekranu spływa lodu jęzor biały.
A kiedy uszu nastawię, to słyszę,
jak wiatr zachodni tryka łbem o skały.
że starczy kliknąć — i stoisz na szczycie.
Luty 1997
Do dziewczyn roześmianych
1.
Wiatr zlizuje z polan resztki wody,
w górze wiszą obłoki garbate.
Śmiej się jak te kwiaty i jagody,
jeśli chcesz być mą dziewczyną latem!
A gdy skryje nam noc połoniny,
spać będziemy w trawie bez namiotu
— bo tak lubią me letnie dziewczyny.
2.
Szron z tropika schodzi powolutku,
noce długie, zbocza się czerwienią ...
Śmiej się do mnie ciepło i bez smutku,
jeśli chcesz być moja tej jesieni!
gdy witamy gwiazdozbiór Oriona
a jesienna moja patrzy w ogień,
zanim zaśnie do mnie przytulona.
3.
Białą ścieżką w górę Cię powiodę,
szare myśli w dole zostawimy
— śmiej się tylko czule, a w nagrodę
będziesz moją dziewczyną tej zimy!
Ty podążysz mym tropem nieświętym
i w namiocie w puchowym śpiworze
grzać Ci będę Twe stopy zziębnięte.
4.
Już nie grożą nam śnieżne zawieje,
w napęczniałych rzekach wiersze płyną,
a Ty ciągle serdecznie się śmiejesz,
— bądź więc moją wiosenną dziewczyną!
a na drogach wciąż błota niemało,
lecz już ciepło — zazdroszczę wiatrowi,
że od rana pieści Twoje ciało.
Maj 1997
Przebudzenie
Na tropik padło słońce. Coś tam sobie marzysz,
uśmiechasz się i przez sen mruczysz nieprzytomnie,
gdy biedronkę ostrożnie zdejmuję z Twej twarzy
mając cichą nadzieję, że może śnisz o mnie ...
Rosa wyschła i ścichły ptaków ranne krzyki.
Trzeba wory pakować i zbierać się w drogę!
Powinienem Cię budzić — lecz jakoś nie mogę,
sam nie wiem, jak zostałem Twego snu strażnikiem.
Już wkrótce się udamy każde w swoją stronę,
bo Ty nie jesteś moja i ja Twój nie jestem.
Błądzę wśród Twoich włosów dłonią rozpaloną
i drżę, gdy twarzy dotknę świętokradczym gestem ...
Lekko przytykam wargi do Twojej powieki,
by w głąb oka Ci wszeptać żubry i niedźwiedzie.
Śpij, i korzystaj z mojej troskliwej opieki.
Gdy czuwasz — będąc blisko czuję się daleki;
gdy nie śpisz — już niczego nie umiem powiedzieć.
wiatr, co mieszka na grani, przebiegł trawą na dół,
— pewnie Cię obudziły pierwsze krople deszczu
z chmury, co szarym kocem zawisła nad światem,
bo nagle się odwracasz z niespokojnym dreszczem.
Więc spiesznie się usuwam z Twojej karimaty
i zakrywam śpiworem Twe nagie ramiona.
Kłuje mnie niby drzazga nietakt popełniony:
powiesz, że nadużyłem Twego zaufania
Twój sen wykorzystując, głaszcząc Twoją skórę ...
słońce, sumieniu memu przynosząc pociechę,
kiedy otwierasz oczy z figlarnym uśmiechem
i czule mi wyznajesz: ,,Śniły mi się góry ... ''
Maj 1997
Deszczowa opowieść
Nietrudno zawrzeć w pieśni gniewne oceany,
blask słońca w ludzkich sercach i cmentarny spokój,
wichry walące skały, zaciszne polany ...
Lecz jak wyśpiewać góry całkiem bez widoków?!
skraplają się we włosach, chlupoczą nam w butach.
I gdyby nie numery granicznych kamieni
deptalibyśmy błoto we mgle zagubieni,
niepewni, czy to Busztuł, czy jeszcze Kieputa.
Przecież właśnie dlatego gnaliśmy z daleka,
że brakło nam przestrzeni dla tętniących marzeń —
i cóż, stoimy ciasno nad naszym ołtarzem,
ogniskiem z takim trudem wyżętym ze smreka.
Co rano senne ciała odziewamy w wodę
a w przemoczonym lesie wilgocią pobrzmiewa
mokrych dziewczyn z Kijowa mokry okrzyk ,,Eeewa!''.
Rośnie jak rak poczucie gorzkiego zawodu:
— nie takie być nam miały góry obiecane!
— nie miała się rozpływać ziemia pod wibramem!
na Popadię i Grofę otwiera się okno,
ukazują się góry w bezwstydnej nagości!
Lipiec 1997
Zaplątanie
Przed kosówką urwał nam się płaj,
więc w kłującą włazimy przygodę.
— Dobry Boże, wynaleźć nam daj
jakieś ludzkie wejście na Mołodą!
i o wiele dalej zaleźć mogę ...
— Lecz dlaczego ten sprężysty krzew
tak zdradziecko podcina mi nogę?
gdy rozchylam splątane konary.
— Ale czemu chmary wstrętnych much
pobierają bezlitosny haracz?
Burza w górach to nie jest zabawa ...
Więc się szarpię — ale w chwilę złą,
bo zostawiam w krzalu pół rękawa.
lecz wezbraną rzeką wartko płynie.
Mnie puściło, ale plecak — nie.
Na cóż plecak mój kosodrzewinie?
choć w ściśniętym gardle życie rzęzi:
— Twardą ziemię dajcie mi do stóp,
bo nie umiem chodzić po gałęzi!
— Obiecuję, Karpaty łaskawe:
jeśli kiedyś mnie wypuści gąszcz,
ucałuję i horhan i trawę!
Lipiec 1997
|
1. Życzę Ci nóg wytrwałych, zręcznych i mocnych nóg, żebyś pomiędzy skały po piargu podejść mógł. A gdyby Ci obrzydło życie na świata dnie, niech Twoje nogi w skrzydła zechcą zamienić się. |
2. Życzę Ci w sercu zdrowym szklanki spienionej krwi i śmiałej chłodnej głowy na karku. Życzę Ci ramion twardych jak kamień — stale pamiętam, że w potrzebie Twoje ramię może się przydać mnie. |
|
|
3. Życzę ulewnych deszczów, co z perci zmyją kurz. Życzę Ci słońca pieszczot i groźnych nocnych burz. By się wyżej i dalej szlak splatał dzień po dniu i żebyś słowa znalazł, by dać świadectwo mu. |
4. Życzę, byś nad reglami chłonął połonin czar. By pod Twymi palcami zbawczego ognia żar rozkwitał jasnym zniczem zatkniętym w Karpat mur. To wszystko.
|
Wicher nad głową kwili jak dziecię,
Sponad Ďumbiera wiatr śniegiem miota,
Śnieg padający nad zboczem kręci.
Po dniu podniebnym, po dniu zdeptanym,
Budzik ostatnią piszczy pobudkę.
A zima nie szczędziła nam mrozu i śniegu
Słowak rozrąbał nożem chleb zlodowaciały
Suwałczanin oświadczył, że trzeba szanować
Korek dał się wyciągnąć (choć nie bez kłopotu),
Wicher hulał za ścianą i tłukł się po świecie
Daj moim nogom skosztować połonin,
Spleć mi głębokie doliny i grzbiety
Wskaż mi, gdzie namiot ustawić na śniegu!
A gdy staniemy na wierzchołku świata,
Rap o rzeczach niezastąpionych
Halny wilgotną mgłę w gardła wciska,
marznącym deszczem bębni od rana
i nie chce wpuścić nas na Kotliská,
jakby skarb w skałach ukryty miał.
Pod kurtką plecy wodą zalane,
lecz nie zastąpi polar z membraną
własnego ciepła żarliwych ciał!
horský služobník odgrywa tatę:
— V také nečasie kdež sa denete?! —
Fakt ... O pogodnym marzymy dniu.
Mokre śpiwory niegdyś puchate
na przemoczone kładziemy maty:
nic nie zastąpi twardego snu!
kozice na nas gapią się drwiąco
po granitowych skacząc wykrotach:
— Leziesz, człowieku, najgorszą z dróg ...
— Nie, mnie jest dobrze, mnie jest gorąco
i nie zastąpi bezradne słońce
wysiłku moich skrzydlatych nóg!
Brodzimy rzeką w dół po kamykach
jacyś niezgrabni, mali, zziębnięci ...
Wokół już rozsiadł się nocy czar:
światło czołówki z mrokiem się styka
i nie zastąpi boska muzyka
huku strumienia, co gna przez jar!
namiot stawiamy w rozmiękłym błocie
(byle nie dotknąć wilgotnej ściany),
zmęczone ciało od chłodu drży.
W pełnej menażce szukamy pociech,
bo nie zastąpią słodkie łakocie
kaszy i soi na trudne dni!
Rozpacza szosa do Iľanova,
że odjeżdżamy. Szare od smutku
góry też płaczą: znów siąpi deszcz.
— A kiedy w mieście zamieszkasz znowu,
to mój obojczyk pod swoją głową
jaką poduszką zastąpić chcesz?!
Listopad 1997
Wspomnienie noworoczne
Pomiędzy Vápenicou a Hoľou Kráľovou
stoi mała útulňa — samotna, bezpańska.
I w niej się spotkaliśmy w wieczór sylwestrowy:
dwaj z Suwałk, trzech z Bystricy i ja jeden z Gdańska.
i wiele jeszcze godzin zostało do świtu.
Przez szpary wiało wściekłym zimnem; a do tego
nie udało się ognia rozpalić pod płytą.
na palcach sobie przy tym odmrażając skórę.
Ja zielonego lodu wyjąłem kawałek
z torby, do której wczoraj schowałem ogórek.
tradycję, że okazja to nie byle jaka,
że raz, że wyjątkowo ... Na tym skończył mowę
i butelkę szampana wydobył z plecaka.
butelka poszła w obieg i wszyscy po trosze
dłubaliśmy w jej szyjce szpilką od namiotu
wygrzebując do kubków lodowaty proszek.
usypując na zboczach bałwany i grzywy.
Nam było ciepło w sercach. Wiedzieliśmy przecież,
że po takim toaście rok będzie szczęśliwy.
Listopad 1997
Mojej przewodniczce
Wyznacz mi dworzec, godzinę i datę,
zabierz mnie z sobą w góry Twoich marzeń,
do surowego zaprowadź mnie świata
podniebnym szlakiem wśród tajemnych wzruszeń! —
A ja snom Twoim będę stał na straży
i pot ze łzami zetrę z Twojej twarzy,
i drżące wargi do uśmiechu zmuszę.
potem w kotlinie rozpal mi ognisko! —
A ja usiądę obok Ciebie blisko
by przed gryzącym dymem Cię osłonić,
Twoją zmęczoną głowę ujmę w dłonie
i w Twych źrenicach tęsknotę wyleczę.
z ledwie widocznych na mapie kreseczek ...
Powiedz, jak granit ze środka planety
wyrosnąć zdołał pod niebo struchlałe? ...
I jakie losy szramami pokryły
te niedostępne i wyniosłe skały? ...
... I czemu ludziom tak podle się stało,
że są zlepieni z wapieni i iłów? ...
Otwórz mi dojście do wiecznego lodu,
który kawerny Twej duszy zalega!
Niechaj ostrożnie do niego przybliżę
wulkan, co w piersi płonie wiecznie młody,
tylko mnie prowadź wyżej, ciągle wyżej!
to ja z wdzięczności nauczę Cię latać.
Grudzień 1997
|
A bywało pięknie tu, w naturze, śnieg pod nartą był a niebo w górze, świeży powiew napełniał nam płuca, po błękicie dysk słońca się toczył, każdy świerczek cień oddzielny rzucał i widoki radowały oczy ... |
Oszalało potem i się wściekło,
zapragnęło, kurde, naszych ciał
bezlitosne rozpędzone piekło.
Lecz uważaj, by cię nie urzekło,
bo byś jeszcze pozostać tu chciał!
Bo tak słodko zawierzyć tej sile,
której wycie wzywa nas i nęci,
gdy nam braknie już siły i chęci ...
— Może by tak odsapnąć na chwilę
i bezpiecznik w wiązaniu dokręcić?
— Idź przed siebie! Nie zostawaj w tyle!
Styczeń 1998
List do domu, żeby się nie martwili bez potrzeby
|
1. Lód nie bardzo jest tu śliski, a śnieg nie jest zbyt głęboki. Podsuszamy przy ognisku odklejone i pokryte błotem — nasze wierne foki, wielki przebój gór Harghity. |
2. Wypełzamy codzień rano wprost na mróz nie nazbyt srogi. Ciepło w śpiwór spakowane, ginie w nocy chłodem skutej. Na otarte biedne nogi nadziewamy sztywne buty. |
|
3. Kiszki, gdy w nich głód zagości, napełniamy kaszką zdrową, w dalszą drogę ku wieczności wyruszamy świtem bladym. ... Trafiliśmy dzisiaj znowu na niedźwiedzia świeże ślady! |
4. Las nad głową i las wokół. Próbujemy drogę znaleźć w ciasnym gąszczu bez widoków i stajemy zasmuceni, bo tak kuszą białe hale; bo tak dusze chcą przestrzeni! |
|
5. Wory wciąż są takie duże i, przyznajmy, ciężkie trochę ... Więc słuchamy błądząc w chmurze nart wlokących się po śniegu, wiatru w niebie tęsknych szlochów i serc werbla pospiesznego. |
6. Jednak mogę wam obiecać, że przywiozę wnet do domu mgły marznącej pełny plecak i od dymu włosy szare, zagubiony słońca promyk i butelkę Murfatlaru. |
|
I Upłynęły lata całe odkąd, jeszcze kajtek młody, czynu łaknąc i przygody w Bieszczady się zanurzałem.
Dym z mielerzy oczy mamił,
Mokre buty stale w biegu,
Gdzie mnie niegdyś gąszcz zachwycał,
Dawnych wzruszeń kształty blade |
II Wicher czasem kark połamie, los fałszywym groszem płaci — wtedy mamy u przyjaciół radę i pomocne ramię.
Rozegnało nas po świecie,
wspólną wyrypę przez życie!
Wspólnie chciał nas los postraszyć
Innych mam znajomych dzisiaj, |
|
III Ile szczytów zaliczonych? Ile przełojonych zboczy? Ile razy deszcz przemoczył namiot, śpiwór, drzew korony?
Ile nocą stania w ścisku
Ile potknięć i upadków?
Ile razy cierń piekący
Ile razy — nie policzę — |
IV W górach śpią diabelskie siły słońca, deszczu i wichury. Ale przecież właśnie w górach przyszła, niby anioł, miłość
w dżinsach, w pionierkach i w wianku.
Nie znalazłem słów najszczerszych —
Gapiliśmy się, jak lecą
Nie chcę uczuć tych uronić, |
|
V Ognisk ślady czas zabliźnia, wiatr w odwieczne duje skały a niziny oszalały: Mafia w sejmie! Bóg w Ojczyźnie!
Zdrada! Powiat! Wróć, komuno!
Jeleń w strachu zbiegł po stoku,
Ktoś tam wieszczy noc straszliwą
Ludzkie hasła, -izmy, znaki |
VI Smrekom, co się w deszczach moczą, i zmiękczonym słońca żarem lawiniastym groźnym zboczom — składam siebie na ofiarę.
Na grań wejdę po stromiźnie,
Wyżej! Nie wiem sam, dlaczego ...
rzucę okiem na dolinę
I w gęstwinie jakiejś skryty |
Wilgotne buty zakładam, by zejść w dolinę z połonin
Piorun dytyramb swój kuje w kamieniu,
Olej więc, Gosiu, natchnienia i głębie,
Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025
Bieszczady
Najlepszy środek nasenny — deszcz o tropik bębniący.
A rankiem niech wiatr się zerwie, ciężkie chmury rozgoni.
Już z mgły się wyłania Otryt, z boku przyświeca słońce...
w krainę zdziczałych sadów i żubrów na ugorach...
Zejść? — raczej zjechać po błocie. Potem wędrować w trudzie,
wędrować bez odpoczynku od rana do wieczora,
napełniać wędrówką nogi, to do góry, to na dół,
napełniać wędrówką głowę... I nie spotykać ludzi
bo w mieście mam ich za dużo.
To były moje Bieszczady.
Wrzesień 2024
Do pamiętnika Panny Małgorzaty
Kurczę, znowu mi wyszedł plagiat!
Niechaj mnie Gosia za wiersze nie chwali.
Gdy pot się z kurzem zmiesza na Twych wargach
i nad reglami na puszystej hali
wiatr erotoman włosy Ci potarga,
to w trawie, co się do Twych kolan łasi,
dźwięczniejszy znajdziesz rym niż na Parnasie.
deszcz recytuje bukoliki łzawe,
strumyk się w pean liryczny przemienia ...
Ja śpiewam tylko według ich ściągawek.
W surowych górskich stronach wiele razy
napotykałem stadniny pegazów.
wieszczów i lutnie ich. A z tego kraju,
gdzie pod stopami chmury Ci się skłębią
i gdzie pod skórą mięśnie Ci zagrają,
gdzie z deszczu kropel tęcze kleją mistrze —
— przywieź mi plecak poezji najczystszej!
Marzec 1998
Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej