WĘDROWNE SERCE

  1. Krzyki
  2. Zwidy wiosenne
  3. Małe zmartwychwstanie
  4. Poszukiwanie
  5. Słowa
  6. Wspomnienie spod kołdry
  7. Koleżance szkolnej
  8. Kobiety Szekspira
  9. Potem
  10. Na jesień
  11. Ne dediscas vivere!
  12. Kruk
  13. Czekałem...
  14. Literki
  15. Gdybym...
  16. Plaża
  17. Nieniemiłość
  18. Strzępki
  19. Ishtar
  20. O srebrnej mowie
  21. Fraszka na wiosnę
  22. Sposób
  23. O pierzynce
  24. O zapomnieniu
  25. Gdzie jesteś?
  26. Taaaka noc...
  27. Sen postrzępiony
  28. Rozstanie
  29. Oczy
  30. Niepewność
  31. Jazz
  32. Cudzoziemka
  33. Przygotowania
  34. O poranku
  35. Łąkowa panna
  36. Wędrówka po księżycu
  37. Coraz ciszej
  38. Fajrant
  39. Przy stole
  40. Chwastopieja
  41. Miłość przeterminowana
  42. List
  43. Romans z liściem jesiennym
  44. Kupidyn to cznia
  45. Lilia
  46. Kropelki czasu
  47. Daj twe szesnaście lat
  48. Jesienni

Krzyki

— Wołałaś?!
              Pod czaszką zagrzmiało mi dzwonem,
więc spieszę ukoić Twe serce stęsknione.
Choć droga jest długa, błotnista i kręta,
gdy błagasz o pamięć, ja krzyczę:
                                                ,,— Pamiętam!!!''

I duszę zbolałą niepokój mi pali,
że mogą te dźwięki zagubić się w dali,
że gdy Ci zawrzasnę przesłanie nadziei,
czyjś śmiech je zagłuszy lub wicher rozwieje.

Lecz kiedyś do drzwi Twych zastukam nad ranem,
Twe imię wychrypię przez gardło zerwane
a na Twym obliczu wzruszenie zagości.

...I szeptem mi powiesz o swojej miłości.


Kwiecień 2003


Zwidy wiosenne

Przez okno na resztki śniegu
zerkam ciekawie.
Głębszego
chętnie postawię,
i śmiechu pudłem obdarzę
dziewczynę, co żyje z marzeń
i śni na jawie.

Gawrony nie wiedzą: lecieć,
czy jeszcze zostać?
Na świecie
szaleje wiosna.
I do mnie zejdzie z obłoka
by sople usunąć z oka
wyśniona postać.

W smukłe oblecze się ciało,
weźmie mnie w pieczę,
zbolałą
duszę wyleczy
i dłonią czułą i złotą
w tęsknotkę zmieni tęsknotę,
smutek — w smuteczek.

Znaleźć próbuję ją w drzewach
brzemiennych w pąki.
Niech śpiewa
głośno przez łąki.
Kiedy ją wreszcie dostanę,
porwę, gdzie słońcem pijane
drą się skowronki.


Luty 2003


Małe zmartwychwstanie

Gdy byłem chory, i tak rosła trawa,
soki płynęły, w kwiat zmieniał się pąk.
A teraz z wiosną już mi pora wstawać.
Niech rower w domu nie rdzewieje dłużej,
niech zbiera błoto z niewyschniętych łąk,
na polnych drogach niechaj się zakurzy.
        Muszę się znowu wiatrowi pokłonić,
        sprawdzić, czy ziemia nasączona deszczem
        w słońcu dysząca upić mnie swą wonią
        potrafi jeszcze.

Gdy w mej samotni pośród czterech ścian
kłąb czarnych myśli w głowie mi się roił,
to starym drzewom rosły nowe słoje.
Ktoś tam się smucił, ktoś inny weselił,
jak zawsze dział się cykl odwiecznych zmian
na rozpędzonej życia karuzeli
        i tylko jakoś mnie nie było przy tym.
        Czy nadal las w swym słodkotęsknym szumie
        ten żal, pod czaszką tętniący przed świtem,
        rozpuścić umie?

W mą nogę wbiły się zęby Cerbera
kiedy stanąłem u Hadesu wrót.
Lecz oto bestia szczęki swe rozwiera
bo u sił kresu przemogłem ją w końcu.
Muszę więc gęsiom pod niebem lecącym
zanieść nowinę, że zdarzył się cud!
        Krzyknę — by lęki i wspomnienia znikły,
        niech głos mój słabość nienawistną zetrze.
        Tylko czy płucom od śpiewu odwykłym
        starczy powietrza?


Maj 2003


Poszukiwanie
Ewie

Szukałem Cię po lasach, kiedy gasły zorze,
aż sam już nie wiedziałem, gdzie diabli mnie niosą.
Byłaś tam każdej nocy! — Ale w ciemnym borze
z gałęziami myliłem Twoje czarne włosy.

Rozgarniałem pokrzywy, łopiany i zioła,
łowiłem po strumykach, które w morze wiodą.
Byłaś tam razem ze mną! — Lecz śmiech Twój wesoły
za plusk brałem skaczącej po kamykach wody.

Goniłem za dziewczyną, którą znałem z marzeń.
Byłaś! — Lecz we mgle kształt Twój zanikał i ginął.
Choć błyszczały Twe oczy na piaszczystej plaży,
myślałem, że to tylko okruchy bursztynu.

Szukałem Cię pod niebem, przestawiałem skały,
górski łańcuch pod stopą zawziętą się kruszył.
Lecz kiedy nad przepaścią serce mi truchlało,
nie jarzyłem, że patrzę w głebię Twojej duszy.

Za zwidem Twego głosu pędziłem z oddali,
by w ramiona stęsknione wziąć Cię nieprzytomnie.
...A kiedy już nadziei ogień się wypalił
i przestałem Cię szukać — sama przyszłaś do mnie.


Czerwiec 2003


Słowa
Parole, parole, encore des paroles
que tu sèmes au vent

Mówiłem wczoraj i mówię znowu
słodkości ciche.
Mówię — lecz wieje przeciw mym słowom
jesienny wicher
i głos wmieszany w ryczące fale,
nie może ucha Twego odnaleźć...

A Ty mi na to powiesz znienacka,
że mówię mało
i chcesz bym oplótł mową jak macką
Twe drżące ciało.
W słowach-pieszczotach mam Cię rozsłuchać,
mają Cię gładzić po nagim brzuchu

słowa tęsknoty, i słowa wyznań,
w słownym bukiecie,
te słowa właśnie, które mężczyzna
winien kobiecie,
słowo na jutro, słowo na teraz,
słowo, co uda Twoje rozwiera...

Czemu, gdy znajdę w Twojej przystani
zimowe leże,
z trudem wyłażą z drewnianej krtani
słowa jak jeże?
Gdy do Twych piersi tulę się z bliska
jakie mi łapsko gardło zaciska?

W świt znów odpłynę mgłą zachlapany
bladoróżowy,
z dala od Ciebie znowu się stanę
mistrzem wymowy.
I znów z pokładu na fale spadnie
tłum słów szarpanych wiatrem bezradnie...


Październik 2003


Wspomnienie spod kołdry

Księżyc skryty za chmurą zapomniał o pełni
a miałem z jego blaskiem wleźć w jawę na nowo.
Sen puchatą poduchą głowę mi wypełnił,
czy raczej to, co jeszcze wczoraj było głową.

Myśli przestały płynąć, kłębią się mgłą nocną,
rosną im czarne włosy, w których gwiazdy świecą.
Ta noc ze snem zmieszana jest strasznie kobieca!
Więc do jej miękkich piersi przyciskam się mocno

a wtedy się przemienia zamglona pustynia
w łąkę miętą pachnącą, pszczołami pijaną.
I łąka się stopniowo cała udziewczynia
i przede mną gościnnie rozchyla kolana...

Znowu za mglistym kształtem bez wytchnienia gonię,
czarne iskry mi lecą spod spuszczonych powiek.
Twarz muskają mi włosy jak skrzydło gawronie,
serce rwie się i szarpie...
                                                To jest sen o Tobie.


Styczeń 2004


Koleżance szkolnej

Coś mi się roi, coś mi się marzy,
przeszłość mi falą gardło zalała.
Wzrokiem niepewnym wodzę po twarzy
dziewczynki z dawnych zdjęć czarnobiałych.
To Ty? Tak, chyba.
                                        Znów zabrzmiał dzwonek,
siedzisz gdzieś z tyłu. Na szkolnej ławce
leży rozrodczy układ pratchawca
i lantanowce. Patrzysz skupiona
na Sołę, Skawę, Rabę, Angarę,
na sejm, i naród, i wszystkie stany,
na pi er kwadrat i na logarytm,
na exercitum fortem Romanum,
na wspólny biwak pod koniec lata...
— Ach nie, to pamięć figle mi płata!

Z rowka na płycie cieknie melodia,
na stare dzieje półcień się kładzie...
gazetka ścienna...  Irena...  podium... 
to Ty pobiegłaś na olimpiadzie?
Doktor Faust — Niemiec, co nie chciał Wandy...
Ścięte wspomnienia więdną jak kwiaty,
barwy kurz tłumi miękki, puchaty,
toczy się życie.
                              Quousque tandem?!

Wciąż Cię, mgły kłąbku, ze sobą niosę
w pustej przestrzeni pod resztką włosów...


Kwiecień 2004


Kobiety Szekspira

Blask księżyca z słońca miesza się zachodem.
Hamlet dureń losem się Ofelii wzrusza,
a dziewczyna krytą żabką pruje wodę...
Jej gibkiemu ciału przyjrzyj się z uwagą,
kiedy nie ma już głupiego Poloniusza,
który córce nie pozwalał pływać nago.

Maur uchwycił Desdemonę za przeguby
i do łóżka je przywiązał sznurem grubym,
wrzasnął: ,,Chciałaś, dziwko, z Kasjem sobie hasać!''.
Zadrżał Szekspir, nogi się ugięły pod nim.
Myślał, że jest właśnie świadkiem krwawej zbrodni
— a to było tylko małe sado-maso.

Letnią nocą ognie porozpalał naród,
tańczy, bawi się i z kobietami psoci.
A Tytania zadeptała kwiat paproci
i krzyknęła, że serdecznie dość ma czarów!
Lecz ja muszę wiedzieć, gdzie te kwiaty rosły,
by je zerwać i kochanym zostać osłem...


Listopad 2004


Potem

Gdy wreszcie zostanę wiatrem,
gdy halnym wiatrem się stanę,
swe ślady na piasku zatrę,
ostudzę miejsca wygrzane,
w szparze pod drzwiami zaśpiewam,
jachty za żagle pochwycę.
Z radości, żem już przeminął,
zaszumię wierszami w drzewach
i pozadzieram dziewczynom
spódnice.

A kiedy zostanę chmurą,
gdy stanę się pełen deszczu,
pierzyną otulę góry,
przyprawię trawę o dreszcze,
żabom do taktu popluskam,
stare dogaszę ognisko,
na smrekach powieszę łezki...
Potem ci wcieknę za bluzkę.
i tam, twego serca blisko,
zamieszkam.


Listopad 2004


Na jesień

Mgła się włóczy ulicą, nad dachami zawisa,
świat potęskniał — aż wierszy człek nie może nie pisać —
deszcz drobnymi runami tren na szybie mi kreśli,
noc się z mgłą pomieszała, miasto drzemie lecz nie śpi,
niby duchy — latarnie błędnym ogniem się mienią,
liście z drzew pospadały przerażone jesienią,
czarnym kotom (bo wieczór) przemoczone drżą futra.
Doczekajmy do jutra...

Worek nudnych banałów znów się z radia wysypał,
w sklepach, w parkach, w tramwajach, wszędzie czai się grypa.
— Choćby bladym uśmieszkiem stwórz mi złudę pogody,
ja cię za to przytulę i osłonię od chłodu,
napnę wolę rozmiękłą, wstanę z trudem od pieca,
żeby coś postanowić i znów coś ci obiecać.
Ale o tym zapomnij, zanim zacznie się zima,
bo i tak nie dotrzymam...


Listopad 2004


Ne dediscas vivere!
(wymiana zdań z dziewczyną zauroczoną)

        — Chętnie odwiedzam kraj chłodu i cienia.
        Po jego ścieżkach nieruchomych błądzę
        i w oczodoły patrzę bez zmrużenia
        pełne bezruchu, wieczności i mroku
        tej, co ugasi mój ból i niepokój;
        tej, co ukoi rozterki i żądze...

— Wicher mnie strącił z oblodzonej perci,
widok pod stopą zmienił mi w mogiłę!
W ostatniej chwili czekan w zbocze wbiłem
a świder strachu w jelita się wwiercił.
Pragnąłem życia, nie śmierci, nie śmierci!
Nogi bezradnie macały powietrze,
młot jakiś w piersi szarpał się i bił!
Niechby milimetr! I po milimetrze,
choć pot strumieniem do przepaści spływał,
pełzłem...  I padłem bez sił.
Ale żywy.

        — Trochę się wzdragam, trochę sobie marzę
        w ziemskiej gonitwie, w hałasie, w przeciągach:
        kiedy już lato wysmakuję do dna,
        sześć stóp pod ziemią...  na wiejskim cmentarzu...
        korzenie wierzby...  i skrzynka wygodna...
        Lękam się tego...  Lecz to mnie pociąga.

— Za każdym razem, gdy obok mnie stanie,
w tundrze, na morzu, o zmroku, o świcie,
sprawia, że jeszcze bardziej kocham życie.
Choć kark mi złamie i serce porani —
wstaję i znowu zaczynam od zera.
Nie chcę umierać! Ja nie chcę umierać!
Przychodzi do mnie, kiedy chmury siodłam
lub gdy przemocą żar odbieram słońcu.
Nie bywa piękna a zwykle jest podła.
Próbuje w serce wpełznąć ruchem węża
i zatruć duszę jadem. Jestem gotów:
walę na odlew w jej mordę gnijącą!
Wtedy odchodzi. Zwyciężam.
Jak dotąd...


Luty 2005


Kruk

Żyć mogę długo, dłużej niźli ludzie.
Trucizną wiedzy napełnił mnie czas.

Na czarnych skrzydłach w coraz większym trudzie
okaleczony mądrości brzemieniem
w sercu jak w szponach dźwigam kościec Ziemi
i trąd odwiedzam waszych chorych miast.

Powoli idzie życia mego zegar
a wasze sprawy dygocą koło mnie.
Marzę o jednym: zapomnieć, zapomnieć,
nic nie rozumieć, nie znać, nie dostrzegać...

W ciągłej gonitwie życie wam się toczy.
Lecz czasem ślepia zanurzone w tłumie
jakieś odmienne napotkają oczy,
które za złudą codzienną nie gonią.
Długo patrzymy...  wreszcie...  tak, zrozumiał!

I kiedy w końcu twarz zakryje dłonią
to znak, że czas się w jego głowie skruszył,
że w jego myślach zasiałem niepokój,
że zaraziłem mu wiecznością duszę...

I że unikać będzie mego wzroku.


Luty 2005


Czekałem...

Czekałem...  Na głos Twój, cień cienia,
odbicie w witrynie sklepowej,
na zapach, na kształt, na wspomnienie,
na dotyk...  Czekałem przez tydzień
i jesteś! Stój, serce! Do głowy
Twój wiersz jak alkohol mi idzie.

Gdy luty się we mnie rozsmucił,
tej wiotkiej trzymałem się myśli,
że biegniesz gdzieś tam, lecz powrócisz!
I śmiechem skalnego potoku
jak okno mi duszę wyczyścisz
i wtańczysz w nią zachwyt i spokój.

Wiatr falą uderzył o plażę
i z morskiej ulepił Cię piany.
Daj dłonie — mam ciepła w nadmiarze,
bez trudu ogrzeję Cię całą.
Jak echo z uporem pijanym
powtarzam: — czekałem...  cze...  ka...  łem...


Luty 2005


Literki

Czarne literki spatruję z ekranu,
aż się przylepią do spodu mych powiek,
i załzawione, na papkę zmrugane
trawię i wchłaniam, włączam w literobieg,

a serce
tak bardzo by chciało
odpocząć przed świtem
lecz ciągle pompuje za mało
tych liter...

Czytam do czysta, druk z papieru znika,
rozprawę, anons o czyimś pogrzebie,
wiersz, Biblię, powieść, anonim, świerszczyka,
ulotkę...  starą kopertę...  od ciebie...

A w sercu
pretensja zapiekła
i żal się rozgościł,
że kiedyś się samo wyrzekło
miłości...

— Nie! Czytać! Myśli na drobne rozmieniać,
co mi się będą szarpać niewesołe!
Gdy chandra w duszy zapłonie wspomnieniem,
ogień zasypać literek popiołem!

Lecz serce
tęsknoty przebrzmiałej
nie może pokonać,
i znowu wejść z innym by chciało
w rezonans...


Marzec 2005


Gdybym...

Gdybym jak teraz, przed laty
znał kobiet dusze zawiłe,
to bym przynosił ci kwiaty,
gdy za miłością tęskniłaś.

Gdybym na prośby był głuchy,
łez nie żałował niewinnych,
to bym cię przykuł łańcuchem
i nie odeszłabyś z innym.

Gdybym rycerzem był podłym,
to usiekłbym Twego chłopa,
przerzucił ciebie przez siodło
i gnał po chmurach galopem.

A gdybym potrafił, miła,
zapomnieć, jak było wcześniej,
to byś już nie przychodziła,
żeby zadręczać mnie we śnie...


Marzec 2005


Plaża

Całuj mnie wieczorem i całuj mnie z rana,
bo ja chcę być ciepłą falą całowana.
Lecz gdybyś przekroczył granice swawoli —
ziemia nie pozwoli.

Przyślij swych wędrowców błądzących nad światem,
lubię czuć na piersi ich ciała skrzydlate.
Niech głośno śpiewają, wcale się nie wzbraniam,
o Twoim kochaniu.

Sztormem wbij się we mnie, skradnij piasek złoty,
wiem, że jeszcze więcej zwrócisz mi go potem.
Lecz o zespoleniu fale niech nie marzą,
plaża ma być plażą...


Marzec 2005


Nieniemiłość

Powiedziała ,,nie!'' po naszej niezabawie
zakończonej nieudanym niepodrywem.
Wieczór mi się znieweselił nieciekawie,
choć niedolę nieco znieczuliło piwo.

Znieruchomił mnie w niewyjściu dźwięk jej głosu,
gdy nie rzekła lecz wionęła ,,— Nie bądź dureń!''
i niepokój myśl przyniosła nieponura,
że znienacka mogą wzniecić żar niebiosa.

-— O, niecnoto! Obdarzyłaś mnie niesiłą,
niebezpiecznym niewybuchem pełnym prochu.
Niespodzianie mnie, niewiasto, zniewoliło,
że ja ciebie
nierozsądnie,
nieprzytomnie,
niewątpliwie
kocham.


Marzec 2005


Strzępki

A ja cię kocham po zachodzie
tandetnie, ckliwie i ogromnie.
Znikąd pojawiasz się jak złodziej,
kiedy mi ciebie coś przypomni.

Szczoteczka, szminka...  jak to kochać?
złamany obcas, ręcznik...  Wszystko.
Ach, pewnie mam cię jeszcze trochę
w imejlach na niesprawnym dysku.

W dzień chodzę sobie całkiem zdrowy
i jakbym już nie tęsknił wcale.
Lecz potem strasznie kocham znowu
między dziennikiem a serialem.

Cieszę się wiosną odurzony
i dusza żalem już nie pała.
Lecz kocham numer telefonu,
który zapomnieć mi kazałaś.

Zrywam się rześki świtem bladym,
prysznic, śniadanie — i do dzieła!
A później kocham jak szufladę,
którą mi palce przytrzasnęłaś...


Marzec 2005


Ishtar
[...] the gatekeeper tells Inanna
she may enter the first gate of the underworld,
but she must hand over her lapis lazuli measuring rod.
She asks why, and is told 'It is just the ways of the Underworld'.
[...] Inanna passes through a total of seven gates,
at each one removing a piece of clothing or jewelry
she had been wearing at the start of her journey,
thus stripping her of her power.
When she arrives in front of her sister, she is naked.
Wikipedia

Ishtar Inanna po piekle kroczy,
już przeszła przez cztery wrota.
Śledzą ją cieni wyblakłe oczy,
bo kogo bezruch śmierci omroczy,
ten łaknie piękna, nie złota.

Przy każdych wrotach coś z jej ubrania
odźwierny zdjąć się nie wzdraga
i Ishtar wdzięków swych nie osłania.
Przy siódmych wrotach nic nie zostanie —
by przejść je, musi być naga.

Gdy odda swego kochanka w zastaw
w krainę żalu i ciszy,
co pod Niniwą bólem wyrasta,
to będzie mogła wrócić do miasta
i piękny wiersz nam napisze.

Wtedy przed Ishtar w niemym pokłonie
kapłani czoła pochylą.
Wtedy wiosenne słońce zapłonie
i wielki Tammuz powróci do niej.
Płodny znów będzie Babilon.


Kwiecień 2005


O srebrnej mowie

Słowa kochane, słowa prawdziwe,
słowa na ustach, usta na rękach...
Lecz męska dusza słów ofensywy
się lęka.

Wezmę cię, miła, na kwietne łąki,
tylko mi, proszę, daj chwilę ciszy,
bo chcę, byś mogła tupot biedronki
usłyszeć.

Przez las zaklęty coś biegnie kłusem...
Nie mów, a tylko popatrz ciekawie —
pod tamtym bukiem Konik Garbusek
się zjawił.

Wiem, w duszy trwoga, nerwowy hejnał...
Niech cię w ramionach silnych ukoję
i słów szarańczę wargami zdejmę
z warg twoich.

Nie gaś pożaru zmysłów — słowami,
gdy mówią usta, to milczą nieba.
Gdy krzyczą ciała, słów między nami
nie trzeba.

A nim po latach wejdziemy w ciemność,
to, marzę sobie, szepniesz mi, mała,
że ci się dobrze przez życie ze mną
milczało...


Kwiecień 2005


Fraszka na wiosnę

Z wiosną nas czekają, oprócz chwil powagi,
myśli bardzo zdrożne, marzenia kosmate.
I tylko żałuję, głodny prawdy nagiej,
że plaże nudystów otwierają latem...


Kwiecień 2005


Sposób

Mam pewien sposób na dziewczyny,
dawno wykułem go na blachę:
wywodzę z błędu je — w maliny.

Tam omdlewają od zapachu,
gdy rozgniecionych jagód świeżych
aromat w nozdrza im uderzy,
aż w ustach zrobi im się sucho.

Ja im tą suchość wierszem koję.
W głowy im wlewam, usta w ucho,
słodki eliksir niepokoju,
który je potem żądzą pali.

To wszystko skutek woni malin...


??? 2005


O pierzynce

Pierzynkę dotuliłem do kształtnego ciała,
jak ona chciała.
Lecz gdy byłem zajęty chłodnymi stopami,
niezręcznym ruchem nagie odsłoniłem ramię
i nagle we mnie męskość brutalna wezbrała.
Nie mogłem jej się przyznać, gdzie myślami błądzę!
Starając się zachować twarz zimną jak kamień
naciągnąłem pierzynkę i stłumiłem żądze.
— Dobranoc, mała.

Na czole pocałunek bratni jej złożyłem,
tak jak prosiła.
Ale noc rozedrgana wlazła mi na kark i
pod wargami poczułem nie czoło lecz wargi.
Pożądanie buchnęło z barbarzyńską siłą!
Więc z twarzą nieruchomą, ze słoniowej kości,
starając się przytłumić mego ciała skargi,
pospiesznie zastąpiłem brudną chuć czułością.
— Śpij dobrze, miła.

Spytała, we śnie tonąc jak w puchu łabędzim,
— Co z nami będzie? —
i coś jak cień przemknęło przez twarzyczkę słodką.
Przysiągłem, że nic złego jej przy mnie nie spotka,
że cześć jej uszanuję i tutaj, i wszędzie,
i na jawie, i wtedy, gdy bezbronna uśnie.
Mruknęła resztką jawy: — Ach, jestem idiotka! —
i śpi. A ja rozważam, czy zrobiłem słusznie,
czy tkwiłem w błędzie...


Kwiecień 2005


O zapomnieniu

Już nie zapomnisz, pamięć Ci nie skłamie.
Masz mnie na stole, w szafie, w oknie, w zlewie,
jestem w Twych włosach, i za paznokciami,
którymi twarz mi podrapałaś w gniewie.

Siąpię Ci z nieba i słońcem się pysznię,
gram Ci Mozarta albo czytam Prousta,
mną się nacierasz, kiedy bierzesz prysznic
i mnie codziennie nakładasz na usta.

Zapomnisz tylko tą gorycz bez słowa
i że od siebie gnać mnie chciałaś kijem.
A ja do Ciebie pewnie wrócę znowu,
gdy do księżyca dość już się nawyję...


Kwiecień 2005


Gdzie jesteś?

Miałaś tylko zegar nakręcić,
żebym wiedział, że życie mija.
Miałaś dać mi siebie w prezencie,
tylko przedtem zetrzeć makijaż,
tylko jeszcze rozpuścić włosy...

Miały w końcu odnaleźć kres te
skargi, żale, płacz w niebogłosy.
Miałaś do mnie przyjść —
                                i gdzie jesteś?!

Miałaś olśnić mnie dziś na nowo
swą urodą sprzed lat. Ja miałem
z twarzy gorzkie łzy ci scałować,
i w ramionach zamknąć twe ciało,
i wargami pieścić twe ręce,
wyznać grzechy całego świata,
że przepraszam, że nigdy więcej...
Lecz cię nie ma!
                                No i gdzie latasz?!

Miałaś trochę wyrzutów czynić,
lecz nie tracić nocy na fochy.
Miałaś stać się dawną dziewczyną,
co nie szczędzi sił, kiedy kocha,
znowu miałaś być dla mnie miła...

Świeczki, muza, szarlotka z kremem —
wszystko jest! Już się ogoliłem,
posprzątałem...
                                A ciebie nie ma!


Kwiecień 2005


Taaaka noc...

To była noc! Rozkoszy, bólu, krzyku!
A potem wiersz do rąk mi przyniósł wiatr
pijany mgłą zaklętych przymiotników —
nie kumam nic, lecz mój jest dzisiaj świat!

Bo to był czas wściekłego bezrozumu,
nieśmiałych tchnień, motylich cichych słów.
Ten dziwny list — niczego w nim nie kumam,
bo stanął mózg po rozedrganej nocy.
I na tą myśl, że przyjdzie do mnie znów,
dygocę,
dygocę,
dygocę...


Kwiecień 2005


Sen postrzępiony

Nocami mi nuciłaś piosenki szczerozłote,
żeby mój sen rozświetlić i przegnać smutku cień.
Lecz kiedyś z dłoni twoich wyfrunął barwny motyl.
I wtedy się zaczęło. I trwa tak po dziś dzień.
Zaśpiewał nastrojowo,
powzdychał kolorami
-- jakby to nie był owad —
spokojem snu mnie zmamił.
Grały na basach bąki,
jak to we śnie
a łąki
rozgrzane ciało
pachniało!
Chciało!
Mnie!

I wtedy grom uderzył!
Coś łkało. Czyżby drzewa?!
Zagon błędnych rycerzy
zaczął w oddali śpiewać,
wtem słyszę: psy skowyczą,
aż zagłuszają świerszcze...
Kto to wszystko wyśnił?!
A twoje wiersze
wiodą mnie na smyczy...
Wokół cwałują myśli —
twoje myśli!
I krzyczą!

Lecz gdy się wreszcie myśli uformowały w słowa,
wiedziałem, że już teraz nie dam się im stratować.
Leciały w dal szalone, niektórym rosły skrzydła
i światy malowały ołówkiem, farbą, kredką.
Włożyłem więc im w pyski wędzidła,
i zakrzyknąłem w ciemność
,,— Z kim mam przyjemność?!!''
A echo odkrzyknęło: ,,— Z poetką!!''
,,— Etką!''
,,— Tką...''


Kwiecień 2005

Rozstanie

Rzeka znosi nasze czółna na kamienie...

To się stało bez awantur i bez płaczu,
zostawiłem Ją zamilkłą ze zdumienia
i odszedłem. Bo nie mogłem już inaczej.
Siłą woli uśmierzyłem rokosz ciała:

Wszystkie nerwy ostrzegały mnie, że pękną,
za koszulę napływały rzeki potu.
Zostawiłem Ją przy stole taką piękną...

Tuż za progiem wpadłem w żrący nurt tęsknoty.


Maj 2005


Oczy

Jeśli czytasz z mych oczu, napiszę dla Ciebie
na mej lewej tęczówce zew zamglonej dali,
postrzępioną grań górską na wieczornym niebie,
i bezradność żaglowca pośród martwej fali.

A na prawej tęczówce znajdziesz tajemnicę
taternika, którego oddech śmierci dotknął,
serce wyjące z bólu jak wilk do księżyca
i chorobę poety: dręczącą samotność.

Zajrzyj głębiej: w źrenicach wzrasta sobie plon ten,
który sama posiałaś tam, gdzie śmiech Twój upadł.
Lecz miejsca w oczach mało, piszę drobnym fontem.
Więc, gdy do mnie przychodzisz, zaopatrz się w lupę...


Lipiec 2005


Niepewność

Kogut odpiał, kres zegar oddzwonił.

Stałem w ranne odziany złudzenia
i z peronu machałem Ci dłonią
jeszcze pełną Twojego ramienia.
Żal z protestem pod grdyką mi rósł
a z mych warg znikał smak Twoich ust.

Niepewności kwiat niosłem...  Nie, pąk,
co się ledwo pod skórą rozpieśnił,
gdy włożyłaś mi siebie do rąk
pozwalając scałować
z mokrej twarzy dwa słowa,
bo na więcej nam było za wcześnie.

I w te słowa wpadł śmiech, czy też szloch,
zakończony trzepotem i dreszczem.
Nie chwyciłem. Coś jakby ,,ja koch...''.

Proszę, powtórz je dla mnie raz jeszcze.


Październik 2005


Cudzoziemka

Kiedy ją napotkałem w zeszłym roku wiosną,
twarz jej się rozświetliła poezją miłosną,
zrymowała się młoda zieleń z jej uśmiechem.
Ten uśmiech...  trawa...  Pegaz...  Bałem się, że pęknie.
Powiedziała:   — Tu zalwe filosat kanehe.
Nie czaję, co to znaczy, lecz brzmiało przepięknie.

A potem przyszło grzeszne i szalone lato.
Jej wargi czule drgały słoneczną sonatą,
gdy trącałem palcami klawisze jej ciała.
Adomate...  mil sente...  kanto mas kierade...
namiętnie mi co wieczór do ucha śpiewała.
Mówiłem:   — Też cię kocham! — na wszelki wypadek.

Nadbiegła jesień w czasu niewstrzymanym pędzie.
W jej oczach zapląsało jezioro łabędzie,
zerwała się nić uczuć jak ptak do odlotu.
Złote liście tańczyły...   Wiedziałem, że ginę.
Kutapis, nem, nem, kliche, szytfaka ramotu.
— Przetłumacz mi to, miła, choćby na łacinę...

Samotność...   Spać mi teraz nie daje zagadka:
dlaczego?! Odpowiedzi szukam w śniegu płatkach
błękitnego jak niebo na Moneta płótnach.
Na mgle ją namaluję, będzie uśmiechnięta,
chociaż, gdy odchodziła, prosiła mnie smutno:
Meme, nem mi obliwe.   — Nie, będę pamiętał...


Styczeń 2006


Przygotowania

Fale do rąk mych zaproszę na opuszczonej plaży,
zimowe klęski pozgarniam, cisnę rybom na żer je,
spalę namiętnym spojrzeniem stos dręczących porażek.
Ostrożnie wyjmę z przeszłości garść niespełnionych marzeń,
maznę je świeżym lakierem, dam im nowe baterie...
Byle by nic nie zapomnieć!
      Byle by nic nie sknocić!
Bo dzisiaj przyjeżdżasz do mnie,
      bo właśnie wsiadasz w pociąg!

Obłok jak gąbkę wycisnę...   czy lubisz zapach nieba?
Najmę skowronka, niech ćwierka nutki najdorodniejsze,
zaschnięte resztki goryczy zmyję letnią ulewą,
przeczytam bzdurkę o sercu, naskrobię jakiś wierszyk...
Byle by nic nie przeoczyć
      i nie skopać zadania!
Pociąg po szynach turkocze
      gdzieś już koło Poznania,

a jeszcze muszę naprawić nieczynny zachód słońca.
Ile to jeszcze roboty!
      Jak ciągnie się bez końca!
Bo jeszcze namruczyć koty
      i psy rozłasić muszę,
z dmuchawców pozbierać puszek,
      z tęczy zrobić makijaż,
      a z Księżyca pieniążek,
tylko czy zdążę, czy zdążę?...
      Bo ty już Bydgoszcz mijasz.

A jeszcze trzeba Zatokę przystroić w białe grzywy,
gwiazdy po niebie rozrzucić, niechaj nad głową płoną,
i zatankować do pełna mój latający dywan.

Jesteś we Wrzeszczu, wysiadasz. Więc biorę cię w ramiona...


Maj 2006


O poranku

Drzewa w lesie porannym dumały
nad zapachem, który w przestrzeń wyślą.
Każdy liść się wydawał nabrzmiały
drżącą myślą.
Twoją myślą...

Zapląsane w podgałęźny zamęt
rosły twarze setek listkoosób,
każda inna. Ale takie same
miały włosy.
Rude włosy...

Żar ze słońca wyciekał jak z pieca
i łapczywie rosę z liści chłeptał.
Pod drzewami cień się ukobiecał
cichym szeptem.
Twoim szeptem...


Maj 2006


Łąkowa panna

— Łąkowa panno, znowu mnie mamisz...
Dobrze, po deszczu przyjdę bez słowa,
by z Twoich oczu nektar ze łzami
scałować.

Wór mgieł znad grani górskiej przyniosę,
zapach fal morskich i z lasu cienie,
byś nie odeszła po łące w bosej
zieleni.

Będę Ci mruczał nieważki miłe,
jak lokomotyl ukryty w trawie
i na Twych piersiach kwiatowy pyłek
zostawię.

Zioła pod stopą błyszczą od rosy,
pod gałęziami gubi się ścieżka,
wilgoć wieczoru...  Pytam bez głosu:
— Łąkowa panno, jak znaleźć sposób,
żeby w Twych kwiatów splątanych włosach
zamieszkać?


Czerwiec 2006


Wędrówka po księżycu

Moją stronę księżyca lekko gładzę nocą.
Zwiedzam wędrownym palcem Obojczyka Krater,
Bór Głowy, Upłaz Szyi...  Mój księżyc dygoce,
gdy niespiesznie zdobywam Płaskowyż Łopatek.

Wargami wracam w Wąwóz Ust po raz tysięczny.
I nagle przed biwakiem zamieram zdumiony,
kiedy, zszedłszy trawersem z Nosowej Przełęczy,
czuję, że Stawy Oczu są mokre i słone...


Wrzesień 2007


Coraz ciszej

— Coraz ciszej...
                              — Dlaczego?! Że pogoda się zmienia,
już mam tłumić eksplozję, co mi gardło rozrywa?!
Wiosną krzycz, szeptaj latem i zamilknij jesienią
a nim śnieg spadnie, padnij gdzieś pod płotem nieżywy?

A ja nie chcę zamilknąć! Taki zamęt mam w głowie,
który jeszcze nie zdołał wyrwać się na swobodę...
Nie odlecę z bocianem! Opór stawię wiatrowi!
Nie ucichnę, aż słowa krwią nabiegłe wypowiem,
nim splątane marzenia na orbitę powiodę!

Wiersze nienapisane w czarne chmury wykrzyczę.
Po bezdrożach biec będę, póki starczy mi sił.
A gdy zima nadejdzie, to jej będę w oblicze
wył...


Wrzesień 2007


Fajrant

Po pracy mózg mi się rozwełnił,
jasnozielonym mchem porasta.
Wielka błyszcząca pupa w pełni
jak łabędź wzbiła się nad miasto.

Diabeł stróż z piekła przykuśtykał,
mendzi, że zimno mu jak w raju,
bo nadszedł koniec października,
czas już przeprosić się z tramwajem.

Jak stare dżinsy duch mój rwie się
w gwiazdy. — Diabełku, chodzi o to,
żeby nie wjeżdżać w taką jesień,
ale by wchodzić w nią piechotą.

Kubek porannej mgły wypiłem,
połknąłem owoc głogu w barze.
Spojrzałem — kurczę! — mojej miłej
z jesienią bardzo jest do twarzy!

A durny wiatr się chichra ze mnie,
bukowy liść na duchu upadł.
W głowie wirują mi jesiennie
mgła,
    dżinsy,
        głogi,
            diabeł,
                pupa...


Październik 2007


Przy stole

Kiedy mnie w szczere wywiodą pole
ścieżki do sławy,
pozwól mi usiąść przy twoim stole,
nalej mi kawy.

Ja ci opowiem morza i lasy
z dalekich krajów,
ale że ludzie podli są czasem,
to ci zataję.

Barwnych niezdarzeń wywołam ze sto
w bajkowej chwili,
może nie będzie prawdziwiej przez to,
lecz będzie milej.

I jeszcze daj mi twej dłoni dotknąć.
Siedź zasłuchana,
patrz, jak zakrywa szarą samotność
fata morgana.

Gdy noc zapadnie pomiędzy nami,
skończą się słowa,
to daj się nocy cichej omamić
i oczarować...


Styczeń 2008


Chwastopieja

Na polu ciężko, mroczno, od dni kilkunastu,
źdźbła zboża sterczą sztywno, jak pruscy żołnierze...
Więc biegnę przez ugory, by zmienić ten chwastrój,
przez połać ni to
trawą krytą,
ni to
perzem.

Łan prosa karki zgina, krzywi się przed końcem,
myśli o prostrzu kosy, co spadnie ze świstem,
o ziarnożernych żarnach żarłocznie żarliwych,
o mące...

Odwracam gardło pełne zachwystu —
na łące
parzydełka podnoszą dumne prostokrzywy
ku słońcu.

Od pszeznicy przez nicość, do żyta nieżytu,
we łbie kilofem łopie
nad ranem...
— Uciekaj, chwastłopie!
— Dokąd gonić?! I który zagon obrać by tu?
Pognałem na skraj czasu i wrosłem w chłopiany.

Rozkłączę się po trochu,
skrzyp niedopielony
(a ogrodnik przeszlocha
bezsilnie południe),
rozćwirlika się dzwonek,
niebny chwastowronek...

Jak cudnie!


Czerwiec 2008


Miłość przeterminowana

Drzewa w lasach truchlaly od chłodu.
Potem ogień zapłonął na niebie —
wtedy nastał czas wzburzonej wody
i mej wczesnej miłości do ciebie.

Rosły liście, kwiaty, pędy, ciernie,
ze straganów śmiały się owoce.
Przyszła pora bezprzytomnych spełnień,
dni za rękę i spoconych nocy.

Mgły poranne snują się nad rzeką,
odlatują ptaki, krótkie dni.
Odeszliśmy od siebie daleko,
ucichł tętent pulsującej krwi...

A ty ciągle piszesz gorzkie listy.
Ogień wygasł — ty żądasz, by wrócił.
Jachtów miejsce zimą — cicha przystań.
Jak zmartwychwstać ma dawne uczucie?


Wrzesień 2008


List

Ten list, to koniec? Otchłań się otwiera,
niebo zamknięte, w gruzach nasza przystań,
felicitatem manus fati ściera...
Przyjdź, nocy dobrych samotnych umierań
i zniknij, widmo bolesnych zmartwychwstań!

Nie umiem płonąć po środku powodzi!
Rąbię przerębel w lodzie Twoich oczu.
Krzesiwo... hubka... piorun... nie wychodzi.
Żar wystygł, choć jest czerwony. W obwodzie
bez dwóch elektrod iskra nie przeskoczy.

Wosk w uszy? Po co? Nie będę Cię dręczył.
Znać nie chcesz? — szepnij, w jutrzenkę odfrunę.
Pójdę po świeżo malowanej tęczy,
i nie całusem, lecz niebo mnie zwieńczy
śnieżnej tęsknoty zmrożonym całunem.

Kiedyś odrośnie Ci wnętrze spalone
od dechu w piersiach po strefę intymną.
Przepędź Feniksa. Niech szary skowronek
jak nad polami ćwierka nad Twym łonem.
I nie myśl o tym, że na tęczy zimno...

Jeżeli drogę zajdzie taka bieda,
że zew niebytu przypomni Ci o mnie,
parzącej siarką nostalgii się nie daj:
stary aptekarz znad Styksu Ci sprzeda
atestowany wywabiacz złych wspomnień.


??? 2006


Romans z liściem jesiennym

— Powiedz, gdzie się jesieniami podziewasz,
i po jakich błotnych ścieżkach chcesz iść?

— Widzisz, miałem teraz właśnie spaść z drzewa,
wolny liść.
Gdy gałęzie będą gołe i puste,
zimny księżyc zaświeci w lisiej szubie,
ty przechowaj mnie do wiosny pod biustem —
tam, gdzie lubię.
W mózg ci weśnię żółć, brąz, czerwień i złoto,
przyda ci się, gdy z łąk mróz będzie wiał,
w twój krwioobieg wsączę całą tęsknotę
z obu ciał.
Usiądź ze mną, by chłód nocy pokonać,
przy ognisku, co od lata się żarzy.
Zrobię tak, że spadnie deszczu zasłona
z twojej twarzy.

— Kiedy odwilż śnieg poczerni na wiosnę,
zator w żyłach żywsze prądy zdruzgocą,
czy odfruniesz, by do drzewa przyrosnąć?

— Nie...  Bo po co?


Październik 2008


Kupidyn to cznia

        Przekład piosenki Georgesa Brassensa.

        Tytuł oryginału: ,,Cupidon s'en fout''.
        Oryginalne wykonanie np.
TU, a same słowa: np. TU.

Żeby naszą miłostkę zmienić w miłość,
nie potrzeba by nam było pół dnia,
lecz już wcześniej coś Wenus rozproszyło.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...

Takie dni, gdy rżnie głupa i idiotę,
gdy nam wyśle z grzeczności raz czy dwa
krzywą strzałę, bez piór, z rozmiękłym grotem.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...

Zamiast spełniać marzenia nasze skryte,
z wiatrem tańczył, co wiosną w polu gna,
niosąc łuk swój i inne rekwizyty.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...

Próbowaliśmy bez niego świętować,
pod nagimi ciałami trawnik drżał.
Ty straciłaś wprawdzie cnotę, lecz nie głowę —
są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...

Choć otwarłaś mi w siebie wszystkie drogi,
serce gnuśnie szeptało ,,cicho-sza''.
W jego braku przygasał śnięty ogień.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...

Wróżyliśmy z akacji i wypadło,
że nie kocha, nie szanuje, w dupie ma.
Więc nasz romans ogłosił dziś upadłość.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...

Gdy panowie pójdą wiosną na podryw,
niech wasz zapał w opiece niebo ma.
Mnie zostawił przy drodze los niedobry.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...


Styczeń 2009


Lilia

Wbiłem paznokcie w łańcuch. Rwałem się do boga
mew, co mi baśń krzyczały o odmętach słonych.
Łbem waliłem w podłogę, aż pękła podłoga.
Stałem na przeciw wiatru, wolny, choć skrwawiony.

Zeskoczyłem ze skały, dopłynąłem do dna —
zapiekło, ale człowiek żyje, gdy go boli.
I wtedy zobaczyłem lilię słodkowodną,
jak ginęła z pragnienia w gnanej wichrem soli.

Krwią z ran ją napoiłem. Lecz była zbyt krucha
i na życie wśród sztormów nie miała dość siły.
Gdy zwiędła, zatęskniłem do swego łańcucha,
i do klatki.

                Lecz przecież ja sam je zniszczyłem...


Czerwiec 2009


Kropelki czasu

Kropelki czasu na zmianę wiodą
w ciemność i w jasność, w jasność i w ciemność...

Właśnie przede mną stanęła młodość
moja pochmurna, szarpana szkwałem,
podniebna młodość.
                                    I zapłakała
nade mną.


Listopad 2010


Daj twe szesnaście lat

        Przekład piosenki Charlesa Aznavoura.

        Tytuł oryginału: ,,Donne tes seize ans''.
        Oryginalne wykonanie i słowa: np.
TU.

Daj twe szesnaście lat
szczęściu, co zawitało,
gdy dojrzewa jak kwiat
twoje dziecinne ciało.

Chodź, nie wahaj się,
włóż twą dłoń w moją dłoń,
chodźmy w świat —
daj swe szesnaście lat.

Daj twe szesnaście lat,
miłość kwitnie dokoła,
wiosną idzie przez sad
życie, które cię woła.

Chodź, we mnie zanurz się,
wargi zbliż do mych warg
niby wiatr —
daj swe szesnaście lat.

A w dzień, gdy nasze życie wyblaknie na miał,
w ten dzień będzie nam żal, że krótko trwał
wspólny trans naszych ciał.

Daj twe szesnaście lat,
życie czeka gorące.
Patrz — to kochanków szlak,
warto przejść go do końca.

Chodź, daj serce twe,
miła ma, daj je mnie,
kiedy chcę
wziąć twe szesnaście lat.


Wrzesień 2014


Jesienni

Wiosną miłość jak ptak w słońce rwie się
lody topi, marzy, nie śpi nocą!
Mija wiosna...  lato...  wreszcie jesień.
Czas przychodzi, by zebrać owoce.

Byłaś wtedy przeczuciem nieśmiałym,
nieuchwytnym szmerem, wiatrem wonnym.
Teraz głaszczę, szczęściarz, twoje ciało,
kiedy leżysz tu obok bezbronna.

Byłaś tchnieniem trącającym listek,
cichym wierszem, co się zgiełku lęka.
Dziś smakuję twe wargi soczyste
i przy ludziach trzymam cię za rękę.

Wiosną były westchnienia, powiewy,
natłok myśli, co drażnią, nie koją.
Jesień...  Wątły pęd rozrósł się w drzewo.
Wciąż mu nowych dodajemy słojów.


Listopad 2006


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025