I duszę zbolałą niepokój mi pali,
Lecz kiedyś do drzwi Twych zastukam nad ranem,
...I szeptem mi powiesz o swojej miłości.
Gawrony nie wiedzą: lecieć,
W smukłe oblecze się ciało,
Znaleźć próbuję ją w drzewach
Krzyki
— Wołałaś?!
Pod czaszką zagrzmiało mi dzwonem,
więc spieszę ukoić Twe serce stęsknione.
Choć droga jest długa, błotnista i kręta,
gdy błagasz o pamięć, ja krzyczę:
,,— Pamiętam!!!''
że mogą te dźwięki zagubić się w dali,
że gdy Ci zawrzasnę przesłanie nadziei,
czyjś śmiech je zagłuszy lub wicher rozwieje.
Twe imię wychrypię przez gardło zerwane
a na Twym obliczu wzruszenie zagości.
Kwiecień 2003
Zwidy wiosenne
Przez okno na resztki śniegu
zerkam ciekawie.
Głębszego
chętnie postawię,
i śmiechu pudłem obdarzę
dziewczynę, co żyje z marzeń
i śni na jawie.
czy jeszcze zostać?
Na świecie
szaleje wiosna.
I do mnie zejdzie z obłoka
by sople usunąć z oka
wyśniona postać.
weźmie mnie w pieczę,
zbolałą
duszę wyleczy
i dłonią czułą i złotą
w tęsknotkę zmieni tęsknotę,
smutek — w smuteczek.
brzemiennych w pąki.
Niech śpiewa
głośno przez łąki.
Kiedy ją wreszcie dostanę,
porwę, gdzie słońcem pijane
drą się skowronki.
Luty 2003
| Ewie |
Rozgarniałem pokrzywy, łopiany i zioła,
łowiłem po strumykach, które w morze wiodą.
Byłaś tam razem ze mną! — Lecz śmiech Twój wesoły
za plusk brałem skaczącej po kamykach wody.
Goniłem za dziewczyną, którą znałem z marzeń.
Byłaś! — Lecz we mgle kształt Twój zanikał i ginął.
Choć błyszczały Twe oczy na piaszczystej plaży,
myślałem, że to tylko okruchy bursztynu.
Szukałem Cię pod niebem, przestawiałem skały,
górski łańcuch pod stopą zawziętą się kruszył.
Lecz kiedy nad przepaścią serce mi truchlało,
nie jarzyłem, że patrzę w głebię Twojej duszy.
Za zwidem Twego głosu pędziłem z oddali,
by w ramiona stęsknione wziąć Cię nieprzytomnie.
...A kiedy już nadziei ogień się wypalił
i przestałem Cię szukać — sama przyszłaś do mnie.
Czerwiec 2003
|
Parole, parole, encore des paroles que tu sèmes au vent |
A Ty mi na to powiesz znienacka,
że mówię mało
i chcesz bym oplótł mową jak macką
Twe drżące ciało.
W słowach-pieszczotach mam Cię rozsłuchać,
mają Cię gładzić po nagim brzuchu
słowa tęsknoty, i słowa wyznań,
w słownym bukiecie,
te słowa właśnie, które mężczyzna
winien kobiecie,
słowo na jutro, słowo na teraz,
słowo, co uda Twoje rozwiera...
Czemu, gdy znajdę w Twojej przystani
zimowe leże,
z trudem wyłażą z drewnianej krtani
słowa jak jeże?
Gdy do Twych piersi tulę się z bliska
jakie mi łapsko gardło zaciska?
W świt znów odpłynę mgłą zachlapany
bladoróżowy,
z dala od Ciebie znowu się stanę
mistrzem wymowy.
I znów z pokładu na fale spadnie
tłum słów szarpanych wiatrem bezradnie...
Październik 2003
Myśli przestały płynąć, kłębią się mgłą nocną,
a wtedy się przemienia zamglona pustynia
Znowu za mglistym kształtem bez wytchnienia gonię,
Z rowka na płycie cieknie melodia,
Wciąż Cię, mgły kłąbku, ze sobą niosę
Maur uchwycił Desdemonę za przeguby
Letnią nocą ognie porozpalał naród,
A kiedy zostanę chmurą,
Worek nudnych banałów znów się z radia wysypał,
— Wicher mnie strącił z oblodzonej perci,
— Trochę się wzdragam, trochę sobie marzę
— Za każdym razem, gdy obok mnie stanie,
Na czarnych skrzydłach w coraz większym trudzie
Powoli idzie życia mego zegar
W ciągłej gonitwie życie wam się toczy.
I kiedy w końcu twarz zakryje dłonią
I że unikać będzie mego wzroku.
Gdy luty się we mnie rozsmucił,
Wiatr falą uderzył o plażę
a serce
Czytam do czysta, druk z papieru znika,
A w sercu
— Nie! Czytać! Myśli na drobne rozmieniać,
Lecz serce
Gdybym na prośby był głuchy,
Gdybym rycerzem był podłym,
A gdybym potrafił, miła,
Przyślij swych wędrowców błądzących nad światem,
Sztormem wbij się we mnie, skradnij piasek złoty,
Znieruchomił mnie w niewyjściu dźwięk jej głosu,
-— O, niecnoto! Obdarzyłaś mnie niesiłą,
Wspomnienie spod kołdry
Księżyc skryty za chmurą zapomniał o pełni
a miałem z jego blaskiem wleźć w jawę na nowo.
Sen puchatą poduchą głowę mi wypełnił,
czy raczej to, co jeszcze wczoraj było głową.
rosną im czarne włosy, w których gwiazdy świecą.
Ta noc ze snem zmieszana jest strasznie kobieca!
Więc do jej miękkich piersi przyciskam się mocno
w łąkę miętą pachnącą, pszczołami pijaną.
I łąka się stopniowo cała udziewczynia
i przede mną gościnnie rozchyla kolana...
czarne iskry mi lecą spod spuszczonych powiek.
Twarz muskają mi włosy jak skrzydło gawronie,
serce rwie się i szarpie...
To jest sen o Tobie.
Styczeń 2004
Koleżance szkolnej
Coś mi się roi, coś mi się marzy,
przeszłość mi falą gardło zalała.
Wzrokiem niepewnym wodzę po twarzy
dziewczynki z dawnych zdjęć czarnobiałych.
To Ty? Tak, chyba.
Znów zabrzmiał dzwonek,
siedzisz gdzieś z tyłu. Na szkolnej ławce
leży rozrodczy układ pratchawca
i lantanowce. Patrzysz skupiona
na Sołę, Skawę, Rabę, Angarę,
na sejm, i naród, i wszystkie stany,
na pi er kwadrat i na logarytm,
na exercitum fortem Romanum,
na wspólny biwak pod koniec lata...
— Ach nie, to pamięć figle mi płata!
na stare dzieje półcień się kładzie...
gazetka ścienna... Irena... podium...
to Ty pobiegłaś na olimpiadzie?
Doktor Faust — Niemiec, co nie chciał Wandy...
Ścięte wspomnienia więdną jak kwiaty,
barwy kurz tłumi miękki, puchaty,
toczy się życie.
Quousque tandem?!
w pustej przestrzeni pod resztką włosów...
Kwiecień 2004
Kobiety Szekspira
Blask księżyca z słońca miesza się zachodem.
Hamlet dureń losem się Ofelii wzrusza,
a dziewczyna krytą żabką pruje wodę...
Jej gibkiemu ciału przyjrzyj się z uwagą,
kiedy nie ma już głupiego Poloniusza,
który córce nie pozwalał pływać nago.
i do łóżka je przywiązał sznurem grubym,
wrzasnął: ,,Chciałaś, dziwko, z Kasjem sobie hasać!''.
Zadrżał Szekspir, nogi się ugięły pod nim.
Myślał, że jest właśnie świadkiem krwawej zbrodni
— a to było tylko małe sado-maso.
tańczy, bawi się i z kobietami psoci.
A Tytania zadeptała kwiat paproci
i krzyknęła, że serdecznie dość ma czarów!
Lecz ja muszę wiedzieć, gdzie te kwiaty rosły,
by je zerwać i kochanym zostać osłem...
Listopad 2004
Potem
Gdy wreszcie zostanę wiatrem,
gdy halnym wiatrem się stanę,
swe ślady na piasku zatrę,
ostudzę miejsca wygrzane,
w szparze pod drzwiami zaśpiewam,
jachty za żagle pochwycę.
Z radości, żem już przeminął,
zaszumię wierszami w drzewach
i pozadzieram dziewczynom
spódnice.
gdy stanę się pełen deszczu,
pierzyną otulę góry,
przyprawię trawę o dreszcze,
żabom do taktu popluskam,
stare dogaszę ognisko,
na smrekach powieszę łezki...
Potem ci wcieknę za bluzkę.
i tam, twego serca blisko,
zamieszkam.
Listopad 2004
Na jesień
Mgła się włóczy ulicą, nad dachami zawisa,
świat potęskniał — aż wierszy człek nie może nie pisać —
deszcz drobnymi runami tren na szybie mi kreśli,
noc się z mgłą pomieszała, miasto drzemie lecz nie śpi,
niby duchy — latarnie błędnym ogniem się mienią,
liście z drzew pospadały przerażone jesienią,
czarnym kotom (bo wieczór) przemoczone drżą futra.
Doczekajmy do jutra...
w sklepach, w parkach, w tramwajach, wszędzie czai się grypa.
— Choćby bladym uśmieszkiem stwórz mi złudę pogody,
ja cię za to przytulę i osłonię od chłodu,
napnę wolę rozmiękłą, wstanę z trudem od pieca,
żeby coś postanowić i znów coś ci obiecać.
Ale o tym zapomnij, zanim zacznie się zima,
bo i tak nie dotrzymam...
Listopad 2004
Ne dediscas vivere!
— Chętnie odwiedzam kraj chłodu i cienia.
(wymiana zdań z dziewczyną zauroczoną)
Po jego ścieżkach nieruchomych błądzę
i w oczodoły patrzę bez zmrużenia
pełne bezruchu, wieczności i mroku
tej, co ugasi mój ból i niepokój;
tej, co ukoi rozterki i żądze...
widok pod stopą zmienił mi w mogiłę!
W ostatniej chwili czekan w zbocze wbiłem
a świder strachu w jelita się wwiercił.
Pragnąłem życia, nie śmierci, nie śmierci!
Nogi bezradnie macały powietrze,
młot jakiś w piersi szarpał się i bił!
Niechby milimetr! I po milimetrze,
choć pot strumieniem do przepaści spływał,
pełzłem... I padłem bez sił.
Ale żywy.
w ziemskiej gonitwie, w hałasie, w przeciągach:
kiedy już lato wysmakuję do dna,
sześć stóp pod ziemią... na wiejskim cmentarzu...
korzenie wierzby... i skrzynka wygodna...
Lękam się tego... Lecz to mnie pociąga.
w tundrze, na morzu, o zmroku, o świcie,
sprawia, że jeszcze bardziej kocham życie.
Choć kark mi złamie i serce porani —
wstaję i znowu zaczynam od zera.
Nie chcę umierać! Ja nie chcę umierać!
Przychodzi do mnie, kiedy chmury siodłam
lub gdy przemocą żar odbieram słońcu.
Nie bywa piękna a zwykle jest podła.
Próbuje w serce wpełznąć ruchem węża
i zatruć duszę jadem. Jestem gotów:
walę na odlew w jej mordę gnijącą!
Wtedy odchodzi. Zwyciężam.
Jak dotąd...
Luty 2005
Kruk
Żyć mogę długo, dłużej niźli ludzie.
Trucizną wiedzy napełnił mnie czas.
okaleczony mądrości brzemieniem
w sercu jak w szponach dźwigam kościec Ziemi
i trąd odwiedzam waszych chorych miast.
a wasze sprawy dygocą koło mnie.
Marzę o jednym: zapomnieć, zapomnieć,
nic nie rozumieć, nie znać, nie dostrzegać...
Lecz czasem ślepia zanurzone w tłumie
jakieś odmienne napotkają oczy,
które za złudą codzienną nie gonią.
Długo patrzymy... wreszcie... tak, zrozumiał!
to znak, że czas się w jego głowie skruszył,
że w jego myślach zasiałem niepokój,
że zaraziłem mu wiecznością duszę...
Luty 2005
Czekałem...
Czekałem... Na głos Twój, cień cienia,
odbicie w witrynie sklepowej,
na zapach, na kształt, na wspomnienie,
na dotyk... Czekałem przez tydzień
i jesteś! Stój, serce! Do głowy
Twój wiersz jak alkohol mi idzie.
tej wiotkiej trzymałem się myśli,
że biegniesz gdzieś tam, lecz powrócisz!
I śmiechem skalnego potoku
jak okno mi duszę wyczyścisz
i wtańczysz w nią zachwyt i spokój.
i z morskiej ulepił Cię piany.
Daj dłonie — mam ciepła w nadmiarze,
bez trudu ogrzeję Cię całą.
Jak echo z uporem pijanym
powtarzam: — czekałem... cze... ka... łem...
Luty 2005
Literki
Czarne literki spatruję z ekranu,
aż się przylepią do spodu mych powiek,
i załzawione, na papkę zmrugane
trawię i wchłaniam, włączam w literobieg,
tak bardzo by chciało
odpocząć przed świtem
lecz ciągle pompuje za mało
tych liter...
rozprawę, anons o czyimś pogrzebie,
wiersz, Biblię, powieść, anonim, świerszczyka,
ulotkę... starą kopertę... od ciebie...
pretensja zapiekła
i żal się rozgościł,
że kiedyś się samo wyrzekło
miłości...
co mi się będą szarpać niewesołe!
Gdy chandra w duszy zapłonie wspomnieniem,
ogień zasypać literek popiołem!
tęsknoty przebrzmiałej
nie może pokonać,
i znowu wejść z innym by chciało
w rezonans...
Marzec 2005
Gdybym...
Gdybym jak teraz, przed laty
znał kobiet dusze zawiłe,
to bym przynosił ci kwiaty,
gdy za miłością tęskniłaś.
łez nie żałował niewinnych,
to bym cię przykuł łańcuchem
i nie odeszłabyś z innym.
to usiekłbym Twego chłopa,
przerzucił ciebie przez siodło
i gnał po chmurach galopem.
zapomnieć, jak było wcześniej,
to byś już nie przychodziła,
żeby zadręczać mnie we śnie...
Marzec 2005
Plaża
Całuj mnie wieczorem i całuj mnie z rana,
bo ja chcę być ciepłą falą całowana.
Lecz gdybyś przekroczył granice swawoli —
ziemia nie pozwoli.
lubię czuć na piersi ich ciała skrzydlate.
Niech głośno śpiewają, wcale się nie wzbraniam,
o Twoim kochaniu.
wiem, że jeszcze więcej zwrócisz mi go potem.
Lecz o zespoleniu fale niech nie marzą,
plaża ma być plażą...
Marzec 2005
Nieniemiłość
Powiedziała ,,nie!'' po naszej niezabawie
zakończonej nieudanym niepodrywem.
Wieczór mi się znieweselił nieciekawie,
choć niedolę nieco znieczuliło piwo.
gdy nie rzekła lecz wionęła ,,— Nie bądź dureń!''
i niepokój myśl przyniosła nieponura,
że znienacka mogą wzniecić żar niebiosa.
niebezpiecznym niewybuchem pełnym prochu.
Niespodzianie mnie, niewiasto, zniewoliło,
że ja ciebie
nierozsądnie,
nieprzytomnie,
niewątpliwie
kocham.
Marzec 2005
|
[...] the gatekeeper tells Inanna she may enter the first gate of the underworld, but she must hand over her lapis lazuli measuring rod. She asks why, and is told 'It is just the ways of the Underworld'. [...] Inanna passes through a total of seven gates, at each one removing a piece of clothing or jewelry she had been wearing at the start of her journey, thus stripping her of her power. When she arrives in front of her sister, she is naked. Wikipedia |
Przy każdych wrotach coś z jej ubrania
odźwierny zdjąć się nie wzdraga
i Ishtar wdzięków swych nie osłania.
Przy siódmych wrotach nic nie zostanie —
by przejść je, musi być naga.
Gdy odda swego kochanka w zastaw
w krainę żalu i ciszy,
co pod Niniwą bólem wyrasta,
to będzie mogła wrócić do miasta
i piękny wiersz nam napisze.
Wtedy przed Ishtar w niemym pokłonie
kapłani czoła pochylą.
Wtedy wiosenne słońce zapłonie
i wielki Tammuz powróci do niej.
Płodny znów będzie Babilon.
Kwiecień 2005
Wezmę cię, miła, na kwietne łąki,
Przez las zaklęty coś biegnie kłusem...
Wiem, w duszy trwoga, nerwowy hejnał...
Nie gaś pożaru zmysłów — słowami,
A nim po latach wejdziemy w ciemność,
Tam omdlewają od zapachu,
Ja im tą suchość wierszem koję.
To wszystko skutek woni malin...
Na czole pocałunek bratni jej złożyłem,
Spytała, we śnie tonąc jak w puchu łabędzim,
Siąpię Ci z nieba i słońcem się pysznię,
Zapomnisz tylko tą gorycz bez słowa
Miały w końcu odnaleźć kres te
Miałaś olśnić mnie dziś na nowo
Miałaś trochę wyrzutów czynić,
Świeczki, muza, szarlotka z kremem —
O srebrnej mowie
Słowa kochane, słowa prawdziwe,
słowa na ustach, usta na rękach...
Lecz męska dusza słów ofensywy
się lęka.
tylko mi, proszę, daj chwilę ciszy,
bo chcę, byś mogła tupot biedronki
usłyszeć.
Nie mów, a tylko popatrz ciekawie —
pod tamtym bukiem Konik Garbusek
się zjawił.
Niech cię w ramionach silnych ukoję
i słów szarańczę wargami zdejmę
z warg twoich.
gdy mówią usta, to milczą nieba.
Gdy krzyczą ciała, słów między nami
nie trzeba.
to, marzę sobie, szepniesz mi, mała,
że ci się dobrze przez życie ze mną
milczało...
Kwiecień 2005
Fraszka na wiosnę
Z wiosną nas czekają, oprócz chwil powagi,
myśli bardzo zdrożne, marzenia kosmate.
I tylko żałuję, głodny prawdy nagiej,
że plaże nudystów otwierają latem...
Kwiecień 2005
Sposób
Mam pewien sposób na dziewczyny,
dawno wykułem go na blachę:
wywodzę z błędu je — w maliny.
gdy rozgniecionych jagód świeżych
aromat w nozdrza im uderzy,
aż w ustach zrobi im się sucho.
W głowy im wlewam, usta w ucho,
słodki eliksir niepokoju,
który je potem żądzą pali.
??? 2005
O pierzynce
Pierzynkę dotuliłem do kształtnego ciała,
jak ona chciała.
Lecz gdy byłem zajęty chłodnymi stopami,
niezręcznym ruchem nagie odsłoniłem ramię
i nagle we mnie męskość brutalna wezbrała.
Nie mogłem jej się przyznać, gdzie myślami błądzę!
Starając się zachować twarz zimną jak kamień
naciągnąłem pierzynkę i stłumiłem żądze.
— Dobranoc, mała.
tak jak prosiła.
Ale noc rozedrgana wlazła mi na kark i
pod wargami poczułem nie czoło lecz wargi.
Pożądanie buchnęło z barbarzyńską siłą!
Więc z twarzą nieruchomą, ze słoniowej kości,
starając się przytłumić mego ciała skargi,
pospiesznie zastąpiłem brudną chuć czułością.
— Śpij dobrze, miła.
— Co z nami będzie? —
i coś jak cień przemknęło przez twarzyczkę słodką.
Przysiągłem, że nic złego jej przy mnie nie spotka,
że cześć jej uszanuję i tutaj, i wszędzie,
i na jawie, i wtedy, gdy bezbronna uśnie.
Mruknęła resztką jawy: — Ach, jestem idiotka! —
i śpi. A ja rozważam, czy zrobiłem słusznie,
czy tkwiłem w błędzie...
Kwiecień 2005
O zapomnieniu
Już nie zapomnisz, pamięć Ci nie skłamie.
Masz mnie na stole, w szafie, w oknie, w zlewie,
jestem w Twych włosach, i za paznokciami,
którymi twarz mi podrapałaś w gniewie.
gram Ci Mozarta albo czytam Prousta,
mną się nacierasz, kiedy bierzesz prysznic
i mnie codziennie nakładasz na usta.
i że od siebie gnać mnie chciałaś kijem.
A ja do Ciebie pewnie wrócę znowu,
gdy do księżyca dość już się nawyję...
Kwiecień 2005
Gdzie jesteś?
Miałaś tylko zegar nakręcić,
żebym wiedział, że życie mija.
Miałaś dać mi siebie w prezencie,
tylko przedtem zetrzeć makijaż,
tylko jeszcze rozpuścić włosy...
skargi, żale, płacz w niebogłosy.
Miałaś do mnie przyjść —
i gdzie jesteś?!
swą urodą sprzed lat. Ja miałem
z twarzy gorzkie łzy ci scałować,
i w ramionach zamknąć twe ciało,
i wargami pieścić twe ręce,
wyznać grzechy całego świata,
że przepraszam, że nigdy więcej...
Lecz cię nie ma!
No i gdzie latasz?!
lecz nie tracić nocy na fochy.
Miałaś stać się dawną dziewczyną,
co nie szczędzi sił, kiedy kocha,
znowu miałaś być dla mnie miła...
wszystko jest! Już się ogoliłem,
posprzątałem...
A ciebie nie ma!
Kwiecień 2005
|
żeby mój sen rozświetlić i przegnać smutku cień. Lecz kiedyś z dłoni twoich wyfrunął barwny motyl. I wtedy się zaczęło. I trwa tak po dziś dzień. Zaśpiewał nastrojowo, powzdychał kolorami -- jakby to nie był owad — spokojem snu mnie zmamił. Grały na basach bąki, jak to we śnie a łąki rozgrzane ciało pachniało! Chciało! Mnie!
I wtedy grom uderzył!
Lecz gdy się wreszcie myśli uformowały w słowa, |
To się stało bez awantur i bez płaczu,
Tuż za progiem wpadłem w żrący nurt tęsknoty.
A na prawej tęczówce znajdziesz tajemnicę
Zajrzyj głębiej: w źrenicach wzrasta sobie plon ten,
Stałem w ranne odziany złudzenia
Niepewności kwiat niosłem... Nie, pąk,
I w te słowa wpadł śmiech, czy też szloch,
Proszę, powtórz je dla mnie raz jeszcze.
A potem przyszło grzeszne i szalone lato.
Nadbiegła jesień w czasu niewstrzymanym pędzie.
Samotność... Spać mi teraz nie daje zagadka:
Obłok jak gąbkę wycisnę... czy lubisz zapach nieba?
a jeszcze muszę naprawić nieczynny zachód słońca.
A jeszcze trzeba Zatokę przystroić w białe grzywy,
Jesteś we Wrzeszczu, wysiadasz. Więc biorę cię w ramiona...
Zapląsane w podgałęźny zamęt
Żar ze słońca wyciekał jak z pieca
Wór mgieł znad grani górskiej przyniosę,
Będę Ci mruczał nieważki miłe,
Zioła pod stopą błyszczą od rosy,
Wargami wracam w Wąwóz Ust po raz tysięczny.
A ja nie chcę zamilknąć! Taki zamęt mam w głowie,
Wiersze nienapisane w czarne chmury wykrzyczę.
Diabeł stróż z piekła przykuśtykał,
Jak stare dżinsy duch mój rwie się
Kubek porannej mgły wypiłem,
A durny wiatr się chichra ze mnie,
Ja ci opowiem morza i lasy
Barwnych niezdarzeń wywołam ze sto
I jeszcze daj mi twej dłoni dotknąć.
Gdy noc zapadnie pomiędzy nami,
Łan prosa karki zgina, krzywi się przed końcem,
Odwracam gardło pełne zachwystu —
Od pszeznicy przez nicość, do żyta nieżytu,
Rozkłączę się po trochu,
Jak cudnie!
Rosły liście, kwiaty, pędy, ciernie,
Mgły poranne snują się nad rzeką,
A ty ciągle piszesz gorzkie listy.
Nie umiem płonąć po środku powodzi!
Wosk w uszy? Po co? Nie będę Cię dręczył.
Kiedyś odrośnie Ci wnętrze spalone
Jeżeli drogę zajdzie taka bieda,
— Widzisz, miałem teraz właśnie spaść z drzewa,
— Kiedy odwilż śnieg poczerni na wiosnę,
— Nie... Bo po co?
Tytuł oryginału: ,,Cupidon s'en fout''.
Żeby naszą miłostkę zmienić w miłość,
Takie dni, gdy rżnie głupa i idiotę,
Zamiast spełniać marzenia nasze skryte,
Próbowaliśmy bez niego świętować,
Choć otwarłaś mi w siebie wszystkie drogi,
Wróżyliśmy z akacji i wypadło,
Gdy panowie pójdą wiosną na podryw,
Zeskoczyłem ze skały, dopłynąłem do dna —
Krwią z ran ją napoiłem. Lecz była zbyt krucha
Lecz przecież ja sam je zniszczyłem...
Właśnie przede mną stanęła młodość
Tytuł oryginału: ,,Donne tes seize ans''.
Daj twe szesnaście lat
Chodź, nie wahaj się,
Daj twe szesnaście lat,
Chodź, we mnie zanurz się,
A w dzień, gdy nasze życie wyblaknie na miał,
Daj twe szesnaście lat,
Chodź, daj serce twe,
Byłaś wtedy przeczuciem nieśmiałym,
Byłaś tchnieniem trącającym listek,
Wiosną były westchnienia, powiewy,
Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025
Rozstanie
Rzeka znosi nasze czółna na kamienie...
zostawiłem Ją zamilkłą ze zdumienia
i odszedłem. Bo nie mogłem już inaczej.
Siłą woli uśmierzyłem rokosz ciała:
Wszystkie nerwy ostrzegały mnie, że pękną,
za koszulę napływały rzeki potu.
Zostawiłem Ją przy stole taką piękną...
Maj 2005
Oczy
Jeśli czytasz z mych oczu, napiszę dla Ciebie
na mej lewej tęczówce zew zamglonej dali,
postrzępioną grań górską na wieczornym niebie,
i bezradność żaglowca pośród martwej fali.
taternika, którego oddech śmierci dotknął,
serce wyjące z bólu jak wilk do księżyca
i chorobę poety: dręczącą samotność.
który sama posiałaś tam, gdzie śmiech Twój upadł.
Lecz miejsca w oczach mało, piszę drobnym fontem.
Więc, gdy do mnie przychodzisz, zaopatrz się w lupę...
Lipiec 2005
Niepewność
Kogut odpiał, kres zegar oddzwonił.
i z peronu machałem Ci dłonią
jeszcze pełną Twojego ramienia.
Żal z protestem pod grdyką mi rósł
a z mych warg znikał smak Twoich ust.
co się ledwo pod skórą rozpieśnił,
gdy włożyłaś mi siebie do rąk
pozwalając scałować
z mokrej twarzy dwa słowa,
bo na więcej nam było za wcześnie.
zakończony trzepotem i dreszczem.
Nie chwyciłem. Coś jakby ,,ja koch...''.
Październik 2005
Cudzoziemka
Kiedy ją napotkałem w zeszłym roku wiosną,
twarz jej się rozświetliła poezją miłosną,
zrymowała się młoda zieleń z jej uśmiechem.
Ten uśmiech... trawa... Pegaz... Bałem się, że pęknie.
Powiedziała: — Tu zalwe filosat kanehe.
Nie czaję, co to znaczy, lecz brzmiało przepięknie.
Jej wargi czule drgały słoneczną sonatą,
gdy trącałem palcami klawisze jej ciała.
— Adomate... mil sente... kanto mas kierade... —
namiętnie mi co wieczór do ucha śpiewała.
Mówiłem: — Też cię kocham! — na wszelki wypadek.
W jej oczach zapląsało jezioro łabędzie,
zerwała się nić uczuć jak ptak do odlotu.
Złote liście tańczyły... Wiedziałem, że ginę.
— Kutapis, nem, nem, kliche, szytfaka ramotu.
— Przetłumacz mi to, miła, choćby na łacinę...
dlaczego?! Odpowiedzi szukam w śniegu płatkach
błękitnego jak niebo na Moneta płótnach.
Na mgle ją namaluję, będzie uśmiechnięta,
chociaż, gdy odchodziła, prosiła mnie smutno:
— Meme, nem mi obliwe. — Nie, będę pamiętał...
Styczeń 2006
Przygotowania
Fale do rąk mych zaproszę na opuszczonej plaży,
zimowe klęski pozgarniam, cisnę rybom na żer je,
spalę namiętnym spojrzeniem stos dręczących porażek.
Ostrożnie wyjmę z przeszłości garść niespełnionych marzeń,
maznę je świeżym lakierem, dam im nowe baterie...
Byle by nic nie zapomnieć!
Byle by nic nie sknocić!
Bo dzisiaj przyjeżdżasz do mnie,
bo właśnie wsiadasz w pociąg!
Najmę skowronka, niech ćwierka nutki najdorodniejsze,
zaschnięte resztki goryczy zmyję letnią ulewą,
przeczytam bzdurkę o sercu, naskrobię jakiś wierszyk...
Byle by nic nie przeoczyć
i nie skopać zadania!
Pociąg po szynach turkocze
gdzieś już koło Poznania,
Ile to jeszcze roboty!
Jak ciągnie się bez końca!
Bo jeszcze namruczyć koty
i psy rozłasić muszę,
z dmuchawców pozbierać puszek,
z tęczy zrobić makijaż,
a z Księżyca pieniążek,
tylko czy zdążę, czy zdążę?...
Bo ty już Bydgoszcz mijasz.
gwiazdy po niebie rozrzucić, niechaj nad głową płoną,
i zatankować do pełna mój latający dywan.
Maj 2006
O poranku
Drzewa w lesie porannym dumały
nad zapachem, który w przestrzeń wyślą.
Każdy liść się wydawał nabrzmiały
drżącą myślą.
Twoją myślą...
rosły twarze setek listkoosób,
każda inna. Ale takie same
miały włosy.
Rude włosy...
i łapczywie rosę z liści chłeptał.
Pod drzewami cień się ukobiecał
cichym szeptem.
Twoim szeptem...
Maj 2006
Łąkowa panna
— Łąkowa panno, znowu mnie mamisz...
Dobrze, po deszczu przyjdę bez słowa,
by z Twoich oczu nektar ze łzami
scałować.
zapach fal morskich i z lasu cienie,
byś nie odeszła po łące w bosej
zieleni.
jak lokomotyl ukryty w trawie
i na Twych piersiach kwiatowy pyłek
zostawię.
pod gałęziami gubi się ścieżka,
wilgoć wieczoru... Pytam bez głosu:
— Łąkowa panno, jak znaleźć sposób,
żeby w Twych kwiatów splątanych włosach
zamieszkać?
Czerwiec 2006
Wędrówka po księżycu
Moją stronę księżyca lekko gładzę nocą.
Zwiedzam wędrownym palcem Obojczyka Krater,
Bór Głowy, Upłaz Szyi... Mój księżyc dygoce,
gdy niespiesznie zdobywam Płaskowyż Łopatek.
I nagle przed biwakiem zamieram zdumiony,
kiedy, zszedłszy trawersem z Nosowej Przełęczy,
czuję, że Stawy Oczu są mokre i słone...
Wrzesień 2007
Coraz ciszej
— Coraz ciszej...
— Dlaczego?! Że pogoda się zmienia,
już mam tłumić eksplozję, co mi gardło rozrywa?!
Wiosną krzycz, szeptaj latem i zamilknij jesienią
a nim śnieg spadnie, padnij gdzieś pod płotem nieżywy?
który jeszcze nie zdołał wyrwać się na swobodę...
Nie odlecę z bocianem! Opór stawię wiatrowi!
Nie ucichnę, aż słowa krwią nabiegłe wypowiem,
nim splątane marzenia na orbitę powiodę!
Po bezdrożach biec będę, póki starczy mi sił.
A gdy zima nadejdzie, to jej będę w oblicze
wył...
Wrzesień 2007
Fajrant
Po pracy mózg mi się rozwełnił,
jasnozielonym mchem porasta.
Wielka błyszcząca pupa w pełni
jak łabędź wzbiła się nad miasto.
mendzi, że zimno mu jak w raju,
bo nadszedł koniec października,
czas już przeprosić się z tramwajem.
w gwiazdy. — Diabełku, chodzi o to,
żeby nie wjeżdżać w taką jesień,
ale by wchodzić w nią piechotą.
połknąłem owoc głogu w barze.
Spojrzałem — kurczę! — mojej miłej
z jesienią bardzo jest do twarzy!
bukowy liść na duchu upadł.
W głowie wirują mi jesiennie
mgła,
dżinsy,
głogi,
diabeł,
pupa...
Październik 2007
Przy stole
Kiedy mnie w szczere wywiodą pole
ścieżki do sławy,
pozwól mi usiąść przy twoim stole,
nalej mi kawy.
z dalekich krajów,
ale że ludzie podli są czasem,
to ci zataję.
w bajkowej chwili,
może nie będzie prawdziwiej przez to,
lecz będzie milej.
Siedź zasłuchana,
patrz, jak zakrywa szarą samotność
fata morgana.
skończą się słowa,
to daj się nocy cichej omamić
i oczarować...
Styczeń 2008
Chwastopieja
Na polu ciężko, mroczno, od dni kilkunastu,
źdźbła zboża sterczą sztywno, jak pruscy żołnierze...
Więc biegnę przez ugory, by zmienić ten chwastrój,
przez połać ni to
trawą krytą,
ni to
perzem.
myśli o prostrzu kosy, co spadnie ze świstem,
o ziarnożernych żarnach żarłocznie żarliwych,
o mące...
na łące
parzydełka podnoszą dumne prostokrzywy
ku słońcu.
we łbie kilofem łopie
nad ranem...
— Uciekaj, chwastłopie!
— Dokąd gonić?! I który zagon obrać by tu?
Pognałem na skraj czasu i wrosłem w chłopiany.
skrzyp niedopielony
(a ogrodnik przeszlocha
bezsilnie południe),
rozćwirlika się dzwonek,
niebny chwastowronek...
Czerwiec 2008
Miłość przeterminowana
Drzewa w lasach truchlaly od chłodu.
Potem ogień zapłonął na niebie —
wtedy nastał czas wzburzonej wody
i mej wczesnej miłości do ciebie.
ze straganów śmiały się owoce.
Przyszła pora bezprzytomnych spełnień,
dni za rękę i spoconych nocy.
odlatują ptaki, krótkie dni.
Odeszliśmy od siebie daleko,
ucichł tętent pulsującej krwi...
Ogień wygasł — ty żądasz, by wrócił.
Jachtów miejsce zimą — cicha przystań.
Jak zmartwychwstać ma dawne uczucie?
Wrzesień 2008
List
Ten list, to koniec? Otchłań się otwiera,
niebo zamknięte, w gruzach nasza przystań,
felicitatem manus fati ściera...
Przyjdź, nocy dobrych samotnych umierań
i zniknij, widmo bolesnych zmartwychwstań!
Rąbię przerębel w lodzie Twoich oczu.
Krzesiwo... hubka... piorun... nie wychodzi.
Żar wystygł, choć jest czerwony. W obwodzie
bez dwóch elektrod iskra nie przeskoczy.
Znać nie chcesz? — szepnij, w jutrzenkę odfrunę.
Pójdę po świeżo malowanej tęczy,
i nie całusem, lecz niebo mnie zwieńczy
śnieżnej tęsknoty zmrożonym całunem.
od dechu w piersiach po strefę intymną.
Przepędź Feniksa. Niech szary skowronek
jak nad polami ćwierka nad Twym łonem.
I nie myśl o tym, że na tęczy zimno...
że zew niebytu przypomni Ci o mnie,
parzącej siarką nostalgii się nie daj:
stary aptekarz znad Styksu Ci sprzeda
atestowany wywabiacz złych wspomnień.
??? 2006
Romans z liściem jesiennym
— Powiedz, gdzie się jesieniami podziewasz,
i po jakich błotnych ścieżkach chcesz iść?
wolny liść.
Gdy gałęzie będą gołe i puste,
zimny księżyc zaświeci w lisiej szubie,
ty przechowaj mnie do wiosny pod biustem —
tam, gdzie lubię.
W mózg ci weśnię żółć, brąz, czerwień i złoto,
przyda ci się, gdy z łąk mróz będzie wiał,
w twój krwioobieg wsączę całą tęsknotę
z obu ciał.
Usiądź ze mną, by chłód nocy pokonać,
przy ognisku, co od lata się żarzy.
Zrobię tak, że spadnie deszczu zasłona
z twojej twarzy.
zator w żyłach żywsze prądy zdruzgocą,
czy odfruniesz, by do drzewa przyrosnąć?
Październik 2008
Kupidyn to cznia
Przekład piosenki Georgesa Brassensa.
Oryginalne wykonanie np.
TU,
a same słowa: np.
TU.
nie potrzeba by nam było pół dnia,
lecz już wcześniej coś Wenus rozproszyło.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
gdy nam wyśle z grzeczności raz czy dwa
krzywą strzałę, bez piór, z rozmiękłym grotem.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
z wiatrem tańczył, co wiosną w polu gna,
niosąc łuk swój i inne rekwizyty.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
pod nagimi ciałami trawnik drżał.
Ty straciłaś wprawdzie cnotę, lecz nie głowę —
są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
serce gnuśnie szeptało ,,cicho-sza''.
W jego braku przygasał śnięty ogień.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
że nie kocha, nie szanuje, w dupie ma.
Więc nasz romans ogłosił dziś upadłość.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
niech wasz zapał w opiece niebo ma.
Mnie zostawił przy drodze los niedobry.
Są takie dni, gdy Kupidyn to cznia...
Styczeń 2009
Lilia
Wbiłem paznokcie w łańcuch. Rwałem się do boga
mew, co mi baśń krzyczały o odmętach słonych.
Łbem waliłem w podłogę, aż pękła podłoga.
Stałem na przeciw wiatru, wolny, choć skrwawiony.
zapiekło, ale człowiek żyje, gdy go boli.
I wtedy zobaczyłem lilię słodkowodną,
jak ginęła z pragnienia w gnanej wichrem soli.
i na życie wśród sztormów nie miała dość siły.
Gdy zwiędła, zatęskniłem do swego łańcucha,
i do klatki.
Czerwiec 2009
Kropelki czasu
Kropelki czasu na zmianę wiodą
w ciemność i w jasność, w jasność i w ciemność...
moja pochmurna, szarpana szkwałem,
podniebna młodość.
I zapłakała
nade mną.
Listopad 2010
Daj twe szesnaście lat
Przekład piosenki Charlesa Aznavoura.
Oryginalne wykonanie i słowa: np.
TU.
szczęściu, co zawitało,
gdy dojrzewa jak kwiat
twoje dziecinne ciało.
włóż twą dłoń w moją dłoń,
chodźmy w świat —
daj swe szesnaście lat.
miłość kwitnie dokoła,
wiosną idzie przez sad
życie, które cię woła.
wargi zbliż do mych warg
niby wiatr —
daj swe szesnaście lat.
w ten dzień będzie nam żal, że krótko trwał
wspólny trans naszych ciał.
życie czeka gorące.
Patrz — to kochanków szlak,
warto przejść go do końca.
miła ma, daj je mnie,
kiedy chcę
wziąć twe szesnaście lat.
Wrzesień 2014
Jesienni
Wiosną miłość jak ptak w słońce rwie się
lody topi, marzy, nie śpi nocą!
Mija wiosna...
lato... wreszcie jesień.
Czas przychodzi, by zebrać owoce.
nieuchwytnym szmerem, wiatrem wonnym.
Teraz głaszczę, szczęściarz, twoje ciało,
kiedy leżysz tu obok bezbronna.
cichym wierszem, co się zgiełku lęka.
Dziś smakuję twe wargi soczyste
i przy ludziach trzymam cię za rękę.
natłok myśli, co drażnią, nie koją.
Jesień...
Wątły pęd rozrósł się w drzewo.
Wciąż mu nowych dodajemy słojów.
Listopad 2006
Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej