|
— Wór wbił się boleśnie w ramiona, pod skórą rozszalał się ogień, krew w żyłach stanęła zgęszczona. Wciąż idę! Lecz iść już nie mogę ... | |||||||||
|
— Więc spocznij, wędrowcze, tu w cieniu i spojrzyj pod nogi w zachwycie: źródełko trysnęło z kamienia, by nowym napełnić cię życiem. | |||||||||
|
— Mnie już nie wystarczy haust nieba, nie zbawi wieczornej łyk zorzy! Mnie już hektolitrów potrzeba, by stłumić wewnętrzny mój pożar! | |||||||||
|
— Zachłanność cię niechaj nie splami. Uklęknij niespiesznie pod skałą i wodę suchymi wargami ucałuj ... | |||||||||
Sierpień 1998
Wierszyk o przymkniętych oczach
| Przymknę oczy — marzy mi się jesień. | |||||||||
|
W moich górach mgły łażą po zboczach, wyłysiały buki w moim lesie, przyleciały na zimę gawrony ... | |||||||||
|
Ale kiedy znów otworzę oczy, widzę drzewa bezczelnie zielone a pod nimi rozwydrzone kwiaty, bo nad prerią wciąż szaleje lato. | |||||||||
|
Zadumały się moje polany, melancholią mglistą świerki szumią, szron na łąkach topnieje od rana, zachmurzyły się szczyty dalekie, rozmyślają ... O czym? — któż zrozumie ... | |||||||||
|
Znów niechcący rozwarłem powieki, słońce śmieje się i sypie złotem na kraj, który nie zaznał tęsknoty. | |||||||||
Październik 1998
Bezkres płaskiej równiny więził mnie pół roku,
Cal za calem na zachód nerwowo odkładam
Jeszcze lód w kubku z wodą i jastrząb nad prerią ...
Wyszczerzył się w uśmiechu kolejny poranek,
Jeszcze lubieżna wiosna wdzięczy się i kusi ...
Inna namiętnie całuje mnie słońcem,
Mam też księżniczkę z pałacu białego
Jeszcze złośnica. Ciska piorun złoty
Kochanki wierchów, hurysy potoków,
Marzył mi się świat srebrzysto-biały
A tu wiosna w szarości i brudzie
W skroniach mi łupie jak młotem,
Co roku świeży lodowiec okrywa twarde skały,
Wyjazd II
Jeszcze bezradny fotel gniecie moja pupa ...
Jeszcze słońca jasnego rydwan złotopióry
wypełznął nad Manhattan i zwiastuje upał ...
Lecz mnie już spać nie dają wielkie śnieżne góry.
horyzont gniótł, na prostych gubiłem się drogach,
a gdy w końcu ma dusza wzbiła się wysoko,
po nizinach jej nijak doścignąć nie mogę.
— a serce rwie się z klatki i krzyczy jak świstak!
Jeśli mapa nie kłamie, w jeden dzień dojadę
szosą międzystanową aż w Góry Skaliste!
Wykład, slajdy, studenci ... Coś mnie jeszcze trzyma,
tu w mieście. Choć od dawna rozważam na serio,
skąd narty zdobyć w Denver, by dogonić zimę.
a po turniach mej czaszki tłucze się wichura.
Czuję, jak mnie wzywają duchy gór nieznanych!
Roi mi się zadymka i grań w czarnych chmurach!
Jeszcze wróble się gonią rozćwierkanym stadem ...
Jeszcze dziewczyny w szortach chodzą po kampusie,
do ich ud wiatr się tuli ...
Co mi tam! Już jadę!
Marzec 1999
Kobiety z moich wędrówek
Piotrowi F., który zazdrości.
Są piękne!
Jedna odwiedza mnie we śnie
by rosę mi strząsnąć z tropika.
Woła mnie tęsknie i wiatrową pieśnią
w oczy mi dmucha zawodząc boleśnie ... !
A nim się obudzę, już znika.
w usta mi wciska swe piersi gorące
i jagód zapachem podnieca!
Skórę miłosnym nadfioletem zdziera
i słonym potem przepełnia mi plecak.
Wieczorem z rozkoszy umiera ...
całą w klejnotach i lśniących kamieniach.
W blasku księżyca do ognia przybiega
co dla niej rozpalam na śniegu.
I spełnia me mroźne marzenia ...
w chmury! Wygina przerażone drzewa!
Zajadłym obwinia mnie grzmotem! —
I rzewną wybucha ulewą ...
i Ciebie przyjmą, jeśli do nich dotrzesz,
po skałach, pod niebo, wysoko.
Za szczęście wezmą garstkę Twego znoju,
łut bicia serca ...
— Więc nie zazdrość, Piotrze.
Mogą być Twoje.
Kwiecień 1999
Protest-song
Ktoś jesienią zmącił czasu bieg
w sprawie przykrej anomalii pogodowej
i odmówił puchu nagiej skale.
Próżno góry czekają na śnieg —
lśni bezchmurne niebo nad Bow Valley.
Narta w biegu o korzenie trąca
na kamieniach raniąc sobie ślizg.
We dnie straszy wredna morda słońca.
Nocą księżyc szczerzy durny pysk.
i skrzyp świerków od mrozu struchlałych,
śniły mi się skrzące zbocza gór.
Jękiem wichru turnie miały gadać,
łoskot lawin miał im śpiewać wtór,
w zimie miała nurzać się Kanada!
mściwą pięścią roztrzaskała grudzień,
już na szybach kwiaty nie wyrosną.
Z sopli szklanych popłynęły łzy,
rozsypały się w pył moje sny ...
Dokąd, kurczę, mam uciec przed wiosną?
Grudzień 1999
Baśń o królewnie na szklanej górze
To James, my first
teacher
Canmore,
Canadian Rockies
Mróz czarodziejskim dotykiem wstrzymał wody wezbrane,
zastygły w locie wodospad zamknął wąwóz z trzech stron.
James na śnieg zwalił swój plecak, w lód uderzył czekanem,
wskazał nam taflę pionową i powiedział: — Climb on!
Wtem w szklanej ściany zwierciadle zmrożone słońce błysło,
wylśniło dziewczęcą postać we władzy wiedźmy złej.
Pognały ku niej do nieba
moje nerwy i zmysły.
— Liny mi mocnej potrzeba!
— Możesz iść. On belay!
Zawisłem nad mroźną pustką na raków drżących szponach,
ogniem nabrzmiały mi mięśnie naprężone na maks,
wiatr przyniósł strzępek jej pieśni namiętnej i stęsknionej,
zacząłem słuchać ... Ktoś krzyknął:
— Stefan! Your footwork sucks!
kawał lodu odpada,
to jeszcze tyle roboty,
a tak mało mam sił! ...
Ostatnia przewieszka jeszcze ...
Potem już tylko na dół!
Szczyt!
Ledwo na nogach stoję
pośród lodowych brył,
jej wargi chłodne mnie pieszczą,
śmiech się miesza ze łzami ...
— Więc pół królestwa jest moje
i ona moja już!
W głowie pijanej radością sroga szaleje zamieć ...
Lecz z wolna śpiew tęskny zamilkł,
obraz wsiąkł w śnieżny kurz ...
nowa zadymka ukoi duszy podniebny stan.
Po bezskutecznym szukaniu sam na linie zjechałem
do kumpli na dno wąwozu. James powiedział: — Well done.
Marzec 2000
|
— Granit to tylko kwarcyty i mika dawno zgniecione potwornym ciśnieniem. Nie ma w nich życia. Jastrząb nie pomyka w niebie nad zrębem skalnego pomnika, zając się żaden nie zrywa do biegu, owady wiatrem przyniesione giną. Wiosna nie przyjdzie źdźbłami przebiśniegów, ale potężną morderczą lawiną i oszalałą w dzikim gniewie burzą. Tu życia nie ma. Tutaj deszcz zamienia kamienie w piasek a nie w kwiat nasienie. I jeśli ci się serca w ścianie bzdurzą, to jak złudzenie rzecz całą potraktuj. Skały są martwe. I takie są fakty. |
To prawda ... Ruchem niepewnym jak we śnie
haka po ucho wraziłem w szczelinę.
... A wtedy granit zajęczał boleśnie,
wyniosłe żebro ogarnęło drżenie
i krwi czerwonej strumyczek wypłynął
plamiąc nieżywe jakoby kamienie ...
Wrzesień 2000
|
Kres stromej drogi w jasnym niebie znikał, o kask raz po raz bębniły kamyki, palce czepiały się tycich krawądek. Przepaść pod stopą porażała zmysły a strach kleszczami rozgniatał żołądek, gdy z wolna pełzłem ścianą niezdobytą. Wtem moje życie na linie zawisło, bo dłoń zmęczona nie dosięgła chwytu! |
Jak głaz wrośnięty na stromiźnie stoję:
— Co mi wichura! Mnie nic się nie ima!
... I tylko oczy śledzą z niepokojem
kostkę w szczelinie: puści czy utrzyma? ...
|
Sześć razy księżyc schudł i utył znowu. Na kość zmarzłymi od wiatru rękami kułem czekanem polewę lodową i biednych raków zęby wyszczerbione wbić próbowałem w ośnieżony kamień. I już wiedziałem, żem wyciąg pokonał, już serce w rytmie triumfalnym biło ... ... gdy w dół runąłem z wielką lodu bryłą! |
Śniegi opadną i rzeki popłyną,
nim na szczyt wejdę, już schodzić mi trzeba ...
Kiedy się przetrze życia mego lina,
to na wspinaczkę pójdę sam do nieba —
na żywca robi się ostatnią drogę!
Na góry z góry popatrzę w zachwycie
i uniżenie podziękuję Bogu,
że dać mi raczył niebezpieczne życie.
Wrzesień 2001
|
Wieczorne pomarły już zorze,
Jej włosy tym wiatrem pachniały,
Więc nie dbam, co jutro się stanie —
|
Na niebie brzask nikły rozkwitał
Upalnym kusiła mnie słońcem,
Przedziwna mnie gna losu kolej,
|
Sprzedam dom i wyrzucę komputer,
Na mej drodze leży smuga cienia,
Skalny szlak mnie prowadził na sam czubek tęczy,
Tymczasem blask słońca na hali
... A oni spierają się nadal
Czy wicher zachodni, co tańczy na skałach,
A deszcz, kiedy lunie na czarne kamienie,
O, góry zielone, brązowe i złote,
Zegarek figle płatał i
Na góry dzień za dniem się ścielił
Godzina — wiele lat już zeszło
Wokoło tundra — świat bez bram...
Wśród dziennego mozołu
Brakowało mi siły,
Chmury zazdrośnie okrywają
Od malejących w dole wiosek,
Włosy przekształcą mi się w pióra,
Za wierch, co deszczem się zasmucił,
Spać pora:
Coś błyska
więc wciskam
Rozżalenie przemija, krzyk się w śmiech przemienia,
I wyżej! Niechaj serce wali niby młotem,
Przed jutrzejszą wędrówką do marzeń,
Już się łuną pod niebo nie wzbije,
Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025
Piosenka o nadziei
Jeszcze kiedyś polezę po zboczu
a na plecach zakołysze mi się wór!
Jeszcze pot mi pocieknie na oczy
i z wysiłku serce załomocze —
gromkim echem mu odkrzyknie serce gór!
Jeszcze kiedyś los wredny przemogę
i napełnię słabe ciało świeżą siłą,
spod wibramów w dal pobiegnie droga ...
... tylko proszę, zwróć mi moją nogę!
Nogę, którą na lodowcu zostawiłem.
niefortunnej passy zerwę czarną nić!
W ogień cisnę rozterki zatrute
i tęsknotę zdepczę twardym butem!
Gdzieś w kosówce o spełnieniu będę śnić.
A gdy mgła się rozpełznie nad ranem,
świt krwią rozjarzony wstanie mi na wschodzie,
w śnieg zakopię myśli rozedrgane,
na stalowych szponach raków stanę ...
... tylko przedtem muszę się nauczyć chodzić.
rozchlapała się ulewą próżnych skarg.
Ale jeszcze przyjdzie wybawienie!
Jeszcze będę biegał po kamieniach!
Będę skakał przez złomiska i przez piarg,
będę gonił lawiny po żlebach,
zawieruszę się w parowach i w strumykach,
pieśń protestu wiatrowi zaśpiewam!
A gdy zbraknie mi na grani nieba,
skalną percią przez obłoki
... pokuśtykam.
Kwiecień 2002
Takie nic ...
Przyśniły mi się góry.
Gdym po ścieżce pobiegł,
wiatr przyniósł woń kosówki i serce rozpieśnił.
Słońce lśniło i znowu miałem zdrową nogę,
w dole mgły się kłębiły — jak to bywa we śnie.
skąd po zielonym śniegu szusowałem śmiało.
Na kurzych nogach łaził namiot po przełęczy
a w nim, tak mi się śniło, Ty na mnie czekałaś ...
Czerwiec 2002
Otucha
Wołałem kiedyś Boga pośród nocy ciemnej,
gdy rozpacz darła serce i ból gniótł mi oczy.
Lecz bezlitosne niebo kpiło sobie ze mnie
i żartem mi radziło, bym do piekła skoczył.
Niegodne i bluźniercze wykrzyczałem słowa.
A kiedy potępiony do otchłani wpadłem,
pożar w duszy przeklętej rozgorzał na nowo.
Więc błagałem Szatana, by mnie poratował
i ogień bólu zalał choćby smoły wiadrem.
Ukojenia nie znając poszedłem przed siebie
w piersi niosąc nienawiść i zgliszcza dymiące:
— Niechaj się niebo wpiekli a piekło zaniebi!
Wtem zmarszczył się widnokrąg, wykwitły w nim skały,
zza chmur czarnego wału wylazł rąbek słońca,
wiatr powiał i na hali trawa zapachniała
a zza mgły białoszarej wierch jakiś wychynął.
I obok takich ludzi znalazłem się blisko,
co nigdy ratowniczej nie poskąpią liny,
więc spokojniej oddycham w nowej życia wiośnie.
Może dziewięćsił wzejdzie na pogorzelisku?
Może mi kiedyś serce spalone odrośnie?
Lipiec 2002
Dyskusja o poezji
Na tęczy świetlanym pomoście
diabełek z aniołkiem się spierał,
kto więcej ma w sobie nicości
i który ma bliżej do zera:
— Czy wiesz, jak w piekielnej otchłani
nihilum i pustka rozkwita?!
— A ja twoją otchłań mam za nic,
bo władam hektarem niebytu!
jak zwrotka za zwrotką zanikał,
zmęczony wędrowiec rozpalił
niewielki ogieniek liryki.
A wyżej, nad kosodrzewiną,
dytyramb skał oczy wciąż mamił,
i sonet strumykiem popłynął,
i grań ociekała jambami,
na tropik cień nocy opadał,
i sen się rymował z nadzieją ...
nie widząc, że już nie istnieją.
Lipiec 2002
Pytania
Już pociąg do stacji dalekiej dobiega,
to tutaj.
Powiedzcie mi, góry nieznane,
czy mnie, cudzoziemca, przyjmiecie jak swego,
czy obcy w dolinie zostanę?
na skórze mej drżenie wywoła niemiłe?
Czy płuca napełni i zdmuchnie mi z ciała
bezsiłę?
czy tylko ubranie przemoczy do kości?
Czy także z mej duszy wypłucze zwątpienie
i wyrwać mnie zdoła z nicości?
pomóżcie mi w sercu żar nowy rozniecić!
Czy moją ofiarę z wysiłku i potu
przyjmiecie?
Wrzesień 2004
Czasoprzestrzeń polarna
Trzy razy wstawał dzień i gasł
a noc chowała się po kątach.
Jak kłębek włóczki zdał się czas:
zawracał, zrywał się i plątał.
w rozterkach moich nie chciał pomóc.
Czy go nastawić po miestnomu?
Czy tak jak kolej, po Moskwy?
jak nieruchoma szara mgła.
Niespiesznie ludzie się starzeli
czekając, co im przyszłość da.
i mój dwudziesty pierwszy wiek
hen za mną we wspomnieniach legł
a ja skoczyłem w miękką przeszłość.
Zwiększyłem wiedzy mojej zasób,
że czas nie może istnieć sam
lecz przestrzeń może być bez czasu.
Wrzesień 2004
Piosenka górali, którym nie żal
Łan się słońcu pokłonił,
upał do ziemi przywarł.
Roztarłem kłos na dłoni —
już zaraz będą żniwa.
Wóz! Kombajn! Młocka! Prędzej!
Traktor zalany potem
zwiezie kupę pieniędzy...
A mnie chwyta tęsknota
za jastrzębiem, co nad chmury wzbić się starał,
za oparem, który rankiem wstawał z jarów,
za łez rosą, co pasterzom nogi moczy,
za wierchami, hen, daleko,
za zieloną sierścią smreków
na powierzchni zachwyconych ciepłem zboczy.
los się wreszcie uśmiecha.
Wiecie? — dzisiaj zatknąłem
na kalenicy wiechę.
Jeśli nie spocznę w biegu,
to do domu jesienią
pozapraszam kolegów...
I popłyną wspomnienia
o świerkowych balach, z których były ściany,
i o gontach scyzorykiem wycinanych,
o szczelinach przepełnionych jękiem wiatru,
o dziecinnej dźwięcznej mowie,
o kojących dzwonkach owiec,
o żętycy na oscypki grzanej watrą.
kiedy los mnie oszukał.
Ale wreszcie złożyłem
nową książkę do druku
i zdążyłem przed wtorkiem!
Teraz po ciężkiej pracy
polecę na Majorkę...
Przecież nikt już nie wraca
do rozpadlin pod wiszącym śnieżnym mostem,
do wtykanych w rysy skalne drobnych kostek,
do lin, którym się powierza wątłe życie,
do grożącej twardej ściany,
i do palców podrapanych,
do zachwytu zziajanego tam, na szczycie...
Sierpień 2009
Acatist de mulţumire
Slava lui Dumnezeu pentru toate.
Niepewny, w jaką przepaść runiesz,
pędzisz...
Ja, pozwól, niech się wzbiję
po stromych zboczach nad Rumunię.
Orogenezo, slava tie!
tajemny nieodkryty ląd.
Biegnę — pies z północnego kraju,
samotny câine vagabond.
przez skalny kelimański krater,
nad górskie hale, na Pietrosul
lezę, dziękując pentru toate.
stopy porosną świeżą trawą,
spokojem mnie napełnią góry —
i za to im în veci slava.
za płaj w kosówce, szlak na przełaj,
za pot na plecach, kamyk w bucie,
za wszystko slava, Dumnezeu...
Wrzesień 2009
Sonecik
W krąg zima,
brak siły.
— Zatrzymaj
się, miła!
sen zdrowy
w śpiworach
puchowych.
na niebie...
Chłód wieje,
się w ciebie
i grzeję.
Luty 2005
Dla Joli
Wicher sprzecznych emocji szaleje po świecie,
dziś człowiek jest radosny, jutro znów ponury,
trwoga w telewizorze, popłoch w internecie,
panika po gazetach...
— Co mi tam! Wiem przecież,
że spokój łatwo wróci, gdy pójdziemy w góry.
kiedy drogę zagradza lśniąca w słońcu woda
i kiedy trzeba przez nią skakać po kamieniach.
To wcale nie jest trudne, zresztą dłoń Ci podam.
bo od tego się goją poniesione rany!
W dolinach pozostawmy codzienne głupoty:
podstępy, politykę...
Pamiętajmy o tym,
że człek jest tym szczęśliwszy, im bardziej zdyszany.
Marzec 2025
Ogień
Szary popiół nam leci do ust,
ledwie dymi ognisko ubogie,
bo nikt dawno nie poszedł po chrust.
nie lej wody na ogień!
nie lej wody na ogień!
niech się żarzy!
ale kiedyś trzaskało, pamiętasz?
kiedyś grzało nam dłonie zmarznięte
i świeciło jak mogło najjaśniej...
Tego ognia, proszę, nie zabijaj!
Niech sam zgaśnie...
??? 2005
Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej