MIEJSCA MAGICZNE

  1. Dlaczego się nie odzywam?
  2. Śpiąca Królewna
  3. Muza, której się śnię
  4. Poseł z Walentynii
  5. WIERSZE DLA CZAROWNICY
  6. Powrót
  7. Ratunek
  8. Zakochany wiatr
  9. Katastrofa
  10. Ucieczka
  11. Supra nubem
  12. Niepowstanie
  13. Mgłobóg
  14. Prośba
  15. Przyśpiewki spod dębu
  16. Lubisz konwalie?
  17. Dusza z ciała wyleciała
  18. Wędrówka nocna
  19. Pieczorskaja skazka
  20. Gruzińska zza stołu
  21. Diurn na dwa wilki i huk przyboju
  22. Droga do Bagdadu
  23. Moja cygańska
  24. Miejsca magiczne

Dlaczego się nie odzywam?

Bo ja od świtu do wieczora
nie jedząc prawie i bez snu
szukałem swego łukamoria
a znajdowałem sujetu.
Lecz, gdy chlapnąłem wina troszkę,
zmienił się świat. Jak? — nie wiem sam.
Izbuszka szła na kurich nożkach
po zakałdowannym tajgam
,
złocista rybka była w stanie
spełnić trzy moje pażiełania,
w tieriemie roj krasawic witał,
Kaszcziej w zawody szedł z bradiagą,
cariewna tańcowała nago,
Mastier się żenił z Margieritą
i wszędzie tam, gdzie niósł mnie los
szioł snieg na priadź twaich wałos.
Widziałem: kot usmieszku priacziet
w usy
; jak gdyby słów mu brak...
I w końcu wiem, że to oznacza
,,ty łuczszie zamałczi, durak.''


Październik 2004


Śpiąca Królewna

Z łoża Śpiącej Królewny w mrok grudniowy zachciałem wyjść
w niewysokim nakładzie i lód mi stopy poranił.
Więc na drogę mi dali z górskich buków żelazny liść
— mogę liczyć na życia krótkiego drugie wydanie.

Baśnie już po gwarancji: krasnoludki odeszły stąd,
stolik się nie nakrywa i tylko do brydża służy,
Alladyn wciąż próbuje swą lampę przerobić na prąd
a buty stumilowe palą o wiele za dużo.

Lecz wiem, że już niedługo znowu zksiężycowieje świat,
brat mądry skamienieje a głupi zostanie królem.
Jeszcze ze dwie wieczności, trzy milenia i parę lat
— a na razie jak przedtem do Królewny się przytulę...


Grudzień 2004


Muza, której się śnię

Kiedy wreszcie dzień zgaśnie, gwiazdy zamigocą
i w poduszkę wypłaczesz krzywdy tego dnia,
z gwiazd zmieszanych ze łzami narodzę się ja
i w okienko twojego snu zapukam nocą.

Ukojeniem napełnię twe serce znękane.
Wrócą dziewczęcych marzeń rycerze wspaniali,
co na długo przed mężem nad tobą czuwali.
I tylko się nie obudź, bo istnieć przestanę.

Przytulę cię i z pleców zdejmę dziesięć lat,
usunę zmarszczki z powiek i zbędny tłuszcz z bioder.
W baśń cię porwę, w krainę zaklętą powiodę,
by w obłok wirujący roztańczył cię świat.

Złych czarów się nie lękaj, bo stanę przy tobie
i ze szponów groźnego smoka cię ocalę.
Zostaniesz najpiękniejszą księżniczką na balu...
Lecz o jedno cię błagam: tylko się nie obudź.


Luty 2005


Poseł z Walentynii

Motylek stamtąd przybył dziś,
usiadł na naszej łące
i rozkołysał trawy liść
uwierzytelniający.

Podczas gdy sennie szumiał sad,
misterną mowę splatał,
że chciałby zażyć tamten świat
tęsknoty tego świata.

Zakupić chcą rozterek łut,
zew pustki, paczkę krzyku,
łoskot rozfalowanych wód
w ampułkach, do zastrzyków,

szklankę spienionej żądzą krwi,
gniew nie wiadomo na co
i krótkość naszych ziemskich dni.

Miłością nam zapłacą.


Luty 2005


WIERSZE DLA CZAROWNICY

Prośba

Jeśli naprawdę z ciebie czarownica,
to mnie zaczaruj.
Zmieszaj w tygielku poświatę księżyca,
rumieniec wstydu z dziewiczego lica,
garstkę popiołu z namiętności żaru,
odciski palców z trzech złamanych groszy...
Podgrzej — i daj mi wchłonąć ze dwa kłęby.
I niech się stanę twoim biustonoszem
lub twoim zębem.

Jeśli naprawdę czarownicą jesteś,
to mnie oczaruj.
W lochy zachwytu wtrąć tajemnym gestem,
zatańcz — i podpal swych oczu pochodnią
serce wystygłe, spragnione pożaru,
pchnij mnie w diabelskiej rozkoszy odmęty.
Daj ucałować pierś i znamię pod nią,
spokój mi odbierz i ciałem przeklętym
wolę mi spętaj.

Jeżeli dusza twa jest magii pełna,
weź mnie na ucznia.
Naucz na miotle podróżować hucznie,
krowom odbierać mleko, owcom wełnę,
gnać różdżką czarne Lucyfera konie...
A gdy magiczne zioła ci przyniosę,
niech opętanie stworzą twoje dłonie.

I daj mi zostać tym ostatnim stosem,
na którym spłoniesz.

Kwestia duszy

A kiedy przyjdziesz ukraść mi duszę,
w drzwiach tylko lekko naciśnij klamkę,
ja się wieczorem na klucz nie zamknę
i do użycia czarów nie zmuszę.
Na stole kwiaty, tort (przełknij ślinę),
obok kieliszki, butelka z dżinem,
korkociąg, pif!-paf! — dżin na wolności
moje życzenie spełni z ochotą.
— Czy ci nie trzeba, wróżko, miłości?
Bo ja go mogę poprosić o to...

I kiedy przyjdziesz duszę mi zwędzić,
to w domu zostaw te swoje tiule.
Wpadnij jak burza rycząca z bólu!
Bądź czarnym szkwałem w sztormu obłędzie!
Kutry z Zatoki do portów zagoń
i stań przede mną jak prawda — nago.
Ja wtedy twoje wino wychylę
i sam tą duszę z gardła wygrzebię.
Lecz mi ją czasem zwracaj na chwilę,
żebym bezduszny nie był dla ciebie...

Więc kiedy przyjdziesz po duszę z rana,
gdy krople czasu spływają wartko,
będzie czekała zapakowana
w bibułkę, napis, wstążkę z kokardką
i ja ci powiem: — Bierz! oto ona!
Zapachnie miłość w dłoni skruszona,
oczy załzawi, wykrzywi usta
w bądź-wola-twoja i w niech-się-stanie,
w ptaki słów cichych...   w ptaki-wyznania...

— Cóż ci tak, wiedźmo, wali pod biustem?

Wspomnienie

Kocham...   kochałem...   tak, tamte drzwi,
którem z futryny piekła wyrywał,
ty w latający zmieniłaś dywan,
by nad chmurami skraść duszę mi!
Bez spadochronów i bez umiaru!
W dłoniach twe włosy...   twa skóra...   tęcza...
Nagle mi w oczy buchnęły czary! —
ktoś, sam już nie wiem, pode mną jęczał...
Demon? Czy ty?!


Marzec 2005


Powrót

Już wracam! — przez percie i granie,
z oddali srebrzystej bez kresów.
Lecz trudne jest takie wracanie
dla kogoś, kto nie zna adresu.

Daj mapę, a nie mgliste zwidy!
Kot z Cheshire chciał wskazać mi drogę,
twe buty dodały mu skrzydeł —
już za nim nadążyć nie mogę.

Butelka, a w niej woda żywa;
kosz jabłek (tych z raju zwiniętych);
stoliczek, co sam się nakrywa —
to wszystko dla ciebie prezenty.

Gdy tylko dosiądę wichury,
powrócę jak grypa na wiosnę!
A jeśli podetnę ci pióra
to one tym większe odrosną.


Marzec 2005


Ratunek
Okoniowi

Lekko przymknij powieki...
Czujesz tchnienie znad rzeki?
Ono wzrośnie do rana
w wiatr...
To nie tchnienie, to lina,
możesz po niej się wspinać
w barwny, nieokiełznany
świat.

Księżyc, srebrzysta ścieżka...
Czy chcesz przy niej zamieszkać
bez oparcia dla nagich
stóp?
Czekaj...   gdy przyjdzie północ,
w wodzie zjawi się czółno.
Tylko wiosło i żagiel
zrób.

Jeszcze powiedz mi, chłopie,
czy spać umiesz w galopie,
gdy się spieszy do marzeń
koń?
Pogna z tobą do wschodu,
tylko prędko mi podaj
oderwaną od twarzy
dłoń!


Marzec 2005


Zakochany wiatr

Po morzu, po górach, po dolinach wiałem,
tuliła się do mnie ziemia chętnym ciałem.

Całowałem góry skamieniałe w grozie,
kochałem pustynie i tłusty czarnoziem.

Z trawy zapłakanej zlizywałem rosę,
miedze pól głaskałem i wysmukłe szosy.

Szalały z miłości do mnie morskie fale,
bawiłem się z nimi, potem wiałem dalej.

Pola, łąki, rzeki! Całować was lubię!
Kochajcie mnie mocno, nie myśląc o ślubie.

Proście mnie do tańca, na męża nie proście —
mogę dać wam szczęście, ale bez wierności.


Kwiecień 2005


Katastrofa

Brak konserwacji zwalił niebiosa,
straszne zniszczenia dokoła!
Kask nie wytrzymał i mam we włosach
troje upadłych aniołów.

Jeden się zaraz na świat wygrzebie
i smutny padół porzuci,
poleci szukać dziur w drugim niebie,
żeby do domu powrócić.

Drugi jak dzieciak ze smutku beczy.
bo mu już u nas obrzydło
a musi zostać, żeby podleczyć
nogę złamaną i skrzydło.

A trzeci...   trzecia...   istota święta
pewnie w człowieka się zmieni,
bo słodkie prawię jej komplementy
i nie chcę puścić jej z ziemi.


Kwiecień 2005


Ucieczka

— Trzeba ciszej i prościej...

Daj mi skrzydła, Młodości,
będę z wiatrem szybował nad morzem!
Lub ty, Febie, rozkazuj,
niech siodłają Pegaza,
ja go pognam ku mglistym przestworzom!

Nad pożarem wulkanów,
z nóg opadną kajdany,
cóż mnie może tam, w dole, przytrzymać?!
Gnam przez zbocza i turnie,
gdzie anieli dyżurni
strzegą skarby zaklętych olbrzymów!

Z ziemi tyle mi trzeba:
— w nozdrza ciężką woń gleby,
— w uszy jęk, którym wilk noc zaczyna,
— w usta leśne dwa grzyby,
— w oko drzazgę z tej szyby,
w którą mi się wtęskniła dziewczyna...


Kwiecień 2005


Supra nubem

Szukałem w obłokach podarunku dla niej.

Nogi mi się miło taplały w śmietanie,
w dali gród majaczył Nieśmiałego Boga,
i interferował wiatr jonów ze Słońca...

Wtem z krzykiem ,,— Kto idzie?!'' zastąpił mi drogę
dres jakiś skrzydlaty z mieczem gorejącym.
Cóż, i tam się zdarza taki brak kultury...

Chciałem mu ten rożen z prawicy wytrącić,
ale mógłby komuś na głowę spaść z góry.
Mógłby zranić piasek, lub podpalić morze,
albo brzydką wyrwę zrobić w horyzoncie,
tęcze powystraszać i polarne zorze.
Mógłby zaskrońcowi uciąć pół ogona,
lub samochodowi uszkodzić oponę.

Z dala wścibskie gwiazdy patrzyły ciekawie,
jak mi z gęsiej skórki pióra wyrastają.
Zwolna się zmieniłem w klucz czujnych żurawi
na ojczyste błota z Hiszpanii podróżnych.

Jeszcze na odlotnem zniosłem złote jajo,
by je aniołowi cisnąć jak jałmużnę
i już nad Angelią gnaliśmy szczęśliwi.

On na pustej chmurze stał z tym swoim mieczem
niezgrabny jak gafa, jak wyskok od rzeczy

i trochę się dziwił.


Kwiecień 2005


Niepowstanie

We mgle nad wodą coś się roi.
Panna? Koń? Jeleń? Jednorożec?
Z brzucha mglistego niepokoju
wyłazi jakiś Bóg, niebożę.

Nie ma początku, ani końca,
niepewnej tuszy jest i wzrostu...
Wtem zaświeciło złote słońce
i kto miał powstać z mgły — nie powstał.

Jarzy się woda, znikły dziwy,
w głębi jeziora wodnik zamilkł.
I tylko szeptem nucą ryby
baśnie o bożym niepowstaniu...


Kwiecień 2005


Mgłobóg

Skąd cudy się na ziemi biorą?
Cud, że nie przyszedł Bóg na świat,
cud, że zwiał z jawy, wśnił się snom...

Lecz nagle silniej powiał wiatr,
potrącił trawy i jezioro
i GROM!
Coś warczy na niebie...
Uderza! Gdzie?! Nie wiem!
Znów GROM!
Czy w łąkę, czy w wodę?!
Nadchodzi Grom —
spec-oddział Heroda!

Gdy kiedyś żołnierzy pognano po rosie
do pewnej rodzącej dziewczyny i cieśli,
by dziecko ze żłobka na mieczach wynieśli,
to cieśla ich jakoś bakszyszem uprosił.
Lecz potem świat zadrżał!
                          Więc w piekle
panuje niepokój i trwoga
na wieść o powstaniu z mgieł boga...

Aż niż się nad światem rozwścieklił
i buty podkute
w sztormową marszrutę
po chmurach i drogach...
Ulewą i zwarciem błyskawic
szukają po wodach i brzegach:
tym razem odnaleźć bez ściemy!
Zatopić! Udusić! I zabić
chłopczyka małego,
Mgłoboga, którego

nie ma...


Wiosna 2005


Prośba

Poróżowiały w dali obłoki,
szpakom nabrzmiały gardła od pieśni.
Zaraz się zbudzi dzień jasnooki,
nie daj mu, Panie, zgasnąć przedwcześnie.

Śniegi topnieją na górskich szczytach,
wiatr się bez celu po polu szwenda.
Czas się pakować. Jeszcze kredytu
udziel nam, Panie, na nowe błędy.

Po chleb do nieba lecą biedronki,
wczorajszy smutek przez łzy się śmieje,
brodzimy nadzy w czuprynie łąki...
Zapal nam, Panie, w sercu nadzieję.

Cichych współwestchnień wieczór zapragnął
i dłoniom kazał dłoni dotykać.
Byśmy znaleźli ścieżkę przez bagno,
nie gaś nam, Panie, błędnych ogników.


Maj 2005


Przyśpiewki spod dębu

Dąb na słońcem całowanej porębie,
by od gapiów skryć nas, cień rozłożył.
A ty lepiej mi, dziewczyno, nie dębiej,
bo ktoś wytnie ci serce na korze.

Na obłokach siedzi księżyc i mami,
i po kiego tam wlazł, nie wie człowiek.
Lepiej mi się nie księżycuj nocami,
bo cóż pocznę, kiedy będziesz w nowiu?

Zapomnienia winny pęd się rozkrzewia
nad łzą wstydu, co w niebyt uciekła.
Więc, kochana, lepiej mi już się nie wiń,
bo i tak cię nie puszczę do piekła.

A na łąkach byle zielsko drży pszczołą,
świat zosobniał mi, kurczę, nad ranem.
Jak chór głosów w pieśń jedną mi połącz:
dąb, po-
rębę,
słońcem
cało-
waną.


Grudzień 2006


Lubisz konwalie?

Przepadnij więc wraz ze mną w pagórkach Kornwalii,
pozwól zieleń Girlandii rzucić Ci do kolan.
Postawisz mi pasjansa? Mam kart pełen Tallin
a ja postawię podróż.
                Zwiedzimy Miodolan,
z Biszkocji do Tortyngii -- wszystko z górnej półki,
Dżakarty dań wykwintnych, kakaowe Krymy,
Klużeczki, wieżę w Pizzy, chrupiące Stambułki...

I w fale Balangonu bez ubrań skoczymy.


??? 2006


Dusza z ciała wyleciała

Dusza z cieła wylecieła,
Na zielone łące stałe.
Stawszy, silno, barzo rzewno zapłekałe.
K nie przyszedł Święty Piotr a rzeknęcy:
Czemu, duszo, rzewno płaczesz?
Anonimowy wiersz z XV wieku

Trzmiel nad kaczeńcem brzęczał i chłonął
niepowiązane rymami słowa
i promień słońca łąkę zieloną
całował.

Rozkosznie było nieść się bez ciała
z powiewem, który pragnienie koił,
kiedy odwiecznym trawa pachniała
spokojem.

Myślała dusza: ,,— Lepiej zostanę,
nie chcę do nieba leźć bez powodu.
Tam, w górze, chmury z mgły są utkane
i z lodu.

A tutaj ziemia nagrzana słońcem
kosmate pszczoły dygocą majem...
Nie chcę do nieba! Na ciepłej łące
zostaję.''


Wrzesień 2007


Wędrówka nocna

Kiedy ostatnio śniłaś, to księżyc
był w pierwszej kwadrze, wiało od morza.
Brzask jeszcze mroku nie przezwyciężył,
kiedy wyszedłem z twojego domu,
nad miastem dywan mgieł się rozłożył,
po nim pobiegłem...   Gdzie?   — Nie wiadomo...

Patrz, wczarowuję w twe zwidy senne
gwiazdki srebrzyste, sześcioramienne,
które nad szarym gąszczem się roją.
Cicho jak we śnie i jeszcze ciszej.
Miękko osiada snieg nad tajgoju
na chiżinoczkie s dyrawoj krysziej.
Tam kot i wrona, aeromiotła,
zapas pierników...   A wróżka stara
wsypuje suche zielsko do kotła,
pod krzywym nosem chrobocząc:
                           ,,— Parień,
   niech czarem ognia troski twe utnę,
   niech ciebie minie sżiganije goria,
   ja wiżu krupnyj gorod na wzmorie,
   niech cię tam wiedzie wietier poputnyj.
   Postoj, poczekaj, ja tobie dam,
   wot tie kartinka na przyszłe dni.
   Stupaj, no pomni i sbieriegi,
   nie jest pisane, byś został sam.''

To było zdjęcie.   A na nim ty...

Kiedy się jawie spódnica zadrze,
to baśń się baśni a bajka baje.
Księżyc wciąż pyszni się w pierwszej kwadrze,
pod Sokolicą błyszczy Dunajec
i ktoś przed jutrznią rozpieklił dzwony.
Wracam...   nikt nie wie, skąd...   mgła zalega,
porankiem jeszcze nierozświetlona...
do tego miasta na morza brzegu,
do tego domu i tego łóżka,
które z oddali wskazała wróżka.


Styczeń 2008


Pieczorskaja skazka

Pitierskij skoryj wiatr przegania,
ale czy tajny lasu zna?

Tu, na bezkresnych rasstojaniach
lisz tolko mietiel, da sniega,
ale pod śniegiem sobie żyją
baśniourody skazocznyje...
Chcesz słuchać?   Przysiądź u kastra.

Bywajet, chandra duszu tianiet,
tęsknota w tajdze, choć ubiej...
Więc flaszku...   kapsel...   a tu z niej
nie wódka, światłość na polanie,
i słyszę...   wiatr?   — nie, głosy w lesie...

Tak ja priwstał, i ja paszioł
tuda
, gdzie się z oddali niesie
z jołki na jołku — kałakoł
i zow diewicy:
                        — Żdu tiebia!
W moj swietłyj zamok liedianoj
tiebie pora, gołubczik moj!

Czy to jest płacz zmarzniętych drzew?
Zajca w łowuszkie tichij ston?
Bo skąd kobiecy w tajdze śpiew?
I skąd ten dzwon?! I skąd ten dzwon?!

I woła znowu:
                        — Zachodi,
a ja twoju tosku wylieczu!
Wiedź ty dawno miecztał o wstrieczie...

Idę...   a tam goriat ogni
i zamiast zmrożonego błota
torczat otkrytyje warota...

I krasawica snów tajemnych
w prozracznom płatje i w koronie
podbiega...   śmieje się...   jest ze mną,
przyciska do mych szorstkich dłoni
swe białe rączki.   Czy to czary?
I nieżno sziepcziet moja pani:
— Ty poliubił mienia nie darom,
pusć ja tiebia w moj mir zamaniu!

W jej świat utkany z moich snów,
w słodkie odmęty i zaświaty...
Potem przejrzyste spadły szaty
i soskolznuli na ziemliu,
blask szczęścia...
                        Potieriał soznanie.

Ocknąłem się bez sił i chory.
Nie było zamku, nikt nie śpiewał,
nasypem znów promczałsja skoryj,
znów w białych szliapach marzły drzewa,
z resztek ogniska zionął chłód.
Krzyknąłem:
                — Wracaj!
                                W leśnym echu
rozległ się cień tamtego śmiechu:
— Wiernuś...   I sczastia dni pridut...


Luty 2008


Gruzińska zza stołu

        Przekład piosenki Bułata Okudżawy
        Inny przekład tutaj

Winną pestkę zakopię, by w ziemi nagrzanej ożyła,
pocałuję pęd, rękę podstawię, by owoc w nią wpadł.
Zwołam druhów za stół, moje serce nastroję na miłość —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?

— Moi goście, zechciejcie na mój poczęstunek przyjechać!
Prosto w oczy mi mówcie, co o mnie sądzicie od lat!
Król niebieski mi ciężkie sumienie uwolni od grzechów —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?

W swojej szacie wiśniowej pieśń tęskną mi Dali zanuci,
głowę skłonię, i w sercu odnajdę otuchę i ład,
i w jej śpiew się zasłucham, i umrę z nadmiaru uczucia —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?

A gdy zmierzch się zakłębi i w kąty ściemniałe zamota,
niechaj znowu przede mną przepłyną na jawie pod wiatr
biały bawół, i orzeł w błękicie, i w rzece pstrąg złoty —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?


Marzec 2008


Diurn na dwa wilki i huk przyboju

Kiedy łabędzi puch parzy mi stopy,
gdy mam już dosyć wina, kobiet, śpiewu,
próbuję zmusić rower do galopu,
żeby mu w pędzie wiatr grzywę rozwiewał.

A kiedy smutki za gardło chwytają
i los pieprzony kark ku ziemi zgina,
śladem perkozów poganiam mój kajak,
niech srebrną łuską porasta w głębinach.

Spod twoich palców sypią się miesiące,
ćmy-lunatyczki do ich światła suną.
Ja strun nie ruszam. Wiatr tylko potrąca
stalowe wanty napięte jak struny.

Subtelne dumki świerszcze w trawie nucą,
pożółkła jesień cichą skargą łzawi...
Ale jak ktoś ma krzyku pełna płuca,
to niech mu będzie wolno głośno zawyć!


Wrzesień 2008


Droga do Bagdadu

Bagdadowi życzę, żeby udało mu się strząsnąć z siebie
przywalające go od 7 lat obce gówno i stać się znowu
stolicą Krainy Baśni.

W zachlapane okno błędny wzrok spogląda,
w głowie dżinn zakręcił, ciepłą nocą kusi...

Oto wytrwałego dosiadam wielbłąda,
niech gna przez pustynię w wyciągniętym kłusie
w dal!
           A za wydmami szpieg szacha się skrada
by mi wykraść juki złotem obciążone.
Porwana z haremu prześliczna Al-Hrada
kwili w mych ramionach...

     Zdrożonych wędrowców cień oazy wabi.
     Zachód, krwawi niebo, gdy słońce dogasa,
     dziewczyna w zawoju w zaklętej Arabii,
     cień nocy zapada
     w drodze do Bagdadu,
     śpią fatamorgany, śpi piasek...

Dywan naszej drogi rankiem się rozwija,
słońce grzeje mózgi, czapka w głowę parzy...

Stanęła przed nami biała dżallabijja,
nad nią złoty turban... Lecz pod nim brak twarzy!
I do mojej miłej powiada:
                                          — Kochana!
Jak mogłaś zapomnieć?!

Al-Hrada przed widmem pada na kolana
i szepcze:
                — Kochany... (niestety nie do mnie)
Najdroższy, ta chwila jest święta...
Gdy w piachu przed tobą tu klęczę,
pamiętam!

— Al-Hrado, od szacha uciekłaś.
Mówiłaś, że za mną, do piekła...

— Nie chowaj urazy do mnie, cudzoziemcze,
za zgasłym uczuciem nie wyruszaj w pościg.
Ja jestem kochanką nicości...

     Słońce łeb ognisty za horyzont kładzie,
     jałowa pustynia przemienia się w pole...
     Wyrwałem się z baśni i jestem w Bagdadzie —
     lecz sam.
                      Z nową zmarszczką na czole.


Październik 2010


Moja cygańska

        Przekład piosenki Władimira Wysockiego

Ogień we śnie, brudny koc,
chrypię:   — Co jest grane?
Lepiej czekać w taką noc
na mądrzejszy ranek.
Lecz i rankiem wszystko nie tak,
radość mi nie wraca,
czy dokańczam w łóżku peta,
czy zapijam kaca.

Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...

W knajpach szpan, że baju-baj,
frykasy w sałatkach —
dla żebraków pewnie raj
dla mnie — ciasna klatka.
W cerkwi smród i zimny mrok —
kadzidła, brak nieba...
Nie, i w cerkwi też nie to,
nic nie jest, jak trzeba!

W górę leźć, nie szczędząc nóg,
żeby złe nie przyszło —
na tej górze rośnie buk,
a u stóp jej — wiśnia.
Zasiać by na zboczu bluszcz
i losu się nie bać,
może by coś zrobić już...
Nic nie jest, jak trzeba!

Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...

Idę polem: ciemno, cóż...
Światła!   Nie ma Boga!
W polu chabry pośród zbóż
i daleka droga.
Przy tej drodze lasu cień
wyje do księżyca,
tkwią siekiery, wbite w pień,
dalej szubienica.

Gdzieś kłusują konie w takt,
choć chcą się położyć.
Lecz na drodze też nie tak,
dalej — jeszcze gorzej.
Ani cerkiew, ani lud
świętości nie strzeże!
Ludzie, nie!   Nic nie jest już
takie, jak należy...

Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...


Styczeń 2011


Miejsca magiczne


Miejsca magiczne...

                                        Walczący olbrzymi
przełęcze sobie na zgodę podali,
do dziś ta zgoda trwa pomiędzy nimi...

Przekiblowałem na zielonej hali
w małym i trochę cieknącym namiocie
surowy wyrok ulewy trzydniowej,
potem w dolinę zjechałem po błocie.

Kiedy po roku wróciłem w te strony
dostałem wieniec słoneczny na głowę
od suchej wreszcie przełęczy zielonej.
Widziałem — wokół łańcuch górski stoi,
zbocza czekają na moje wibramy
i krzyczą chórem ,,— Witamy! Witamy!''.

Odtąd to miejsce na zawsze jest moje
i póki wierchów erozja nie skruszy,
wodę ze słońcem będzie lać mi w duszę.


Miejsca magiczne...

                                        Nurt Wisły się wlewa
w Zatokę Gdańską, tworząc wielką łachę —
tam swe królestwo założyły mewy.

To nie jest moje miejsce. Ja przemykam
samą krawędzią wilgotnego piachu,
gdzie słodka woda ze słoną się styka.
Wchodzę do morza, zachód się rozpala,
wokół wir ptasi kołuje i mami —

czekam na moją własną morską falę,
co pogniewała się nie wiedzieć na co
i w dal zamgloną uciekła z ptakami,
lecz czasem do mnie na chwilę powraca.


Miejsca magiczne...

                                        Stoi w ciszy las,
a w jego gąszczu dawne klechdy rosną.

Zmęczony rower ustawiam pod sosną,
na ściółkę kładę śpiwór bez namiotu,
niebo przez palce przepływa jak czas,
nad gałęziami gwiazdy bzdury plotą...

I jeśli będę leżał bardzo cicho,
zaklęta sowa siądzie na polanie,
z dziupli wylezie psotne leśne licho,
obok śpiworu jednorożec stanie
a ja go cukru kawałkiem napasę,
z Krainy Czarów wieszczy sen przykica...

Zasnę wsłuchany w plotki gwiazd nad lasem;
o czym? — nie powiem, bo to tajemnica.


Kwiecień 2005


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025