Wy żądacie wierszy... Niechaj za Was wyśni
A wiecie, że słowa lekkie, zwinne, lotne
Dręcząca samotność...
Chcecie nowych pieśni... Chcecie za trzy grosze
Weźcie więc ten wierszyk, on jest dla Was, proszę.
Co mi tam... Chciałbym tylko prosić
Niech wzgląd na własną niemoc twórczą
Nie płacz, Castorpie. Są na świecie
Tylko oburącz chwyć się siodła
Pisanina
Wy chcecie poezji... Widać Wam potrzeba
rytmu, co kołysze i w brzuchu łaskocze,
szczypty uniesienia i łyżeczki nieba,
kruszynki zadumy, wzruszenia do chleba,
tęsknoty, od której mgłą zajdą Wam oczy...
ktoś inny marzenia Wasze nieziszczone,
przestworza odkryje i smutek pokona,
niech Piękno popłynie jak poranny prysznic...
z trzewi trzeba wyrwać? Gdy się rodzą — parzą.
Niedobitki marzeń...
W skronie ból się wwierca
włócznią zakrwawioną!
Rozedrgane serce
w piersi wali dziko,
zrywa się jak mustang,
ale się potyka
i przez chwilę kona!
Napływa muzyka
na spękane usta
posypane solą!
Gorycz na języku,
rymy w krtani płoną
i bolą! i bolą! i bolą!
liryki, do tego parę deko dali
i błędnych ogników by w duszach napalić...
Grudzień 2002
O niezbyt dobrym poecie
No nie, Michosie, wiarę daj —
nie śmiałbym wzbraniać ja niczego
nikomu. To jest wolny kraj
i Castorp, jeśli zechce, może
zawracać morskie fale w biegu,
lub kretom wieścić Słowo Boże,
albo pod wpływem furii dzikiej
natchnionym zostać politykiem.
licząc na jego dobry gust
i cnoty jego wielkiej duszy,
by, kiedy wena go ponosi,
do swoich wierszy nas nie zmuszał
i raczej nie otwierał ust.
Lepiej niech prozą dręczy nas.
wstrzymuje palce uniesione
nad klawiaturą. Nie wyrośnie
z płyty wiórowej nowy las;
daleko nie zafrunie kurczak;
pchły żarem serca nie zapłoną.
Bardzo wygląda to żałośnie
i żal boleśnie dupę ściska,
gdy w krowie budzi się artystka.
ludzie, co porzucają Ziemię.
Chcesz na Pegazie się przelecieć?
— to całkiem sympatyczny koń.
Gdy nogę w jego włożysz strzemię
w złocistą grzywę mu się wplecie
tęsknota, co Cię wiodła doń
i pieśń syrenia, co Cię zwiodła.
Wtedy ten koń nad wszystkie konie
po chmurach będzie z Tobą gonił...
a wodze zostaw innej dłoni.
Grudzień 2002
| Exegi monumentum aere perennius... |
Gmach wielki góruje nad światem,
strop wsparty o jońskie kolumny.
Przybywaj, Kaliope! Erato!
Wieszcz snuje rycerski poemat,
brzmi głos patriotyczny i dumny!
...I tylko natchnienia w nim nie ma...
A tymczasem poezja zaćwierkała w lesie,
po pożółkłych liściach zabębniła deszczem
namiętnie wtęskniła się w jesień,
niepomna, co jutro przyniesie,
i ziemią zapachniała, i jeszcze... i jeszcze...
A tymczasem po świecie na zew jej stukrotny
okrągliły się biodra i piersi dziewczęce,
i w życia galopie zawrotnym
gnał jeleń, i pełzał żółw błotny,
zając kicał i ludzie się brali za ręce.
Wieszcz znowu w swą lutnię przydzwonił
(strach zawisł nad białym papierem)
i wawrzyn mu wyrósł na skroni,
gdy zagrzmiał spiżowym swym Słowem!
I muzy ustawił w dwuszereg,
niech idą Ojczyznę ratować...
Grudzień 2003
Weźmy po iskrze, niech nas parzy w trzewiach,
I dalej idąc, po drogach swych marzeń,
Gdy to zaklęcie Tobie nad głową
A gdy potężną pieśnią przemienię
Słów czynotwórczych niech przebrzmi echo,
Niech o malunki Mariola nie nudzi...
Wiersze, obrazy... Nic mi dziś nie idzie,
Czystość seledynowa żółcią różowieje,
Tu rosną szczyty górskie, tam faluje morze,
Tak maluj, żeby było śpiewniej!
Tak śpiewaj, żeby grzmiało w dali,
Być! Żyć! Mieć! Kochać! Bój z nicością toczę!
Powinien posypać czerwonym naskórkiem drzew,
Kolorowo płacze wymarzony raj —
I ciągnie tęsknotą przez okna, kominy i drzwi,
Kiedy nie było jeszcze Ziemi,
A rozsiekane mieczem ciało
Czy myślisz, że się żaru lękam?!
Potem był las i skraj polany,
Kto ścigał wiatr i pełzał w brudzie,
Los artystę Apolla też pokarał srogo:
Wybieraj więc, z kim wolisz losem się zamienić.
Jeść ambrozję i nektar na szczycie Parnasu
Czy nauczyć się świstu wiatrów, szumu lasów?
I po to jeszcze piszę, by wiatr w linach wył,
Przyjmijcie mnie do klubu. Ja też w rymy wierzę,
Wtedy karmimy się nadzieją,
W południe, albo w pół do pierwszej,
A gdy feeria barw cię zmęczy,
Ziarnko, co w żyznej glebie drzemie,
To, co pachniało, później cuchnie.
Wzrost i upadek, wciąż to samo...
Pegaz się podparł jakimś drągiem,
— Puk, puk, puk, oto jestem. Bywajcie, poeci!
Błędnym ognikiem staram się rozepchnąć ciemność,
i nad kraj mój rodzony coraz prędzej wzlatam.
I sala: prokurator, woźny, protokolant.
gotowy wszystko wyznać w spowiedzi najszczerszej.
Już nawet słuchać hadko,
Od śmiechu się powstrzymam
Jackowi Kaczmarskiemu
Szkoda łez, bracia, i czasu na żałość,
przed nami stoi zadanie nieproste,
bo w tym ognisku, co nam serca grzało
zgasł ogień, ale żar jeszcze pozostał.
niech nam nie daje zbyt spokojnie zasnąć.
Może z niej będzie przyszłości zarzewie?
Tyle możemy mieć z niego na własność.
baczmy, by śladów ciepła nie uronić.
Może się jeszcze okazja nadarzy
zebrać te iskry i rozdmuchać w płomień...
Kwiecień 2004
Słowa i czyny
Słowa a czyny... Różnice zatrę.
I jeśli za mną podążysz w transie,
to wszechświat będzie Twoim teatrem,
w którym ze sceny zakrzyknę ,,— Stań się!''.
stworzy, o ile będzie skuteczne,
wielkie kwazary i drogi mleczne —
Czyn to już będzie, czy jeszcze Słowo?
mglistość zabraną podgwiezdnym pyłkom
w nowe ugięcie czasoprzestrzeni,
czy powiesz, że to jest Słowo tylko?
mój czyn wieczorny ma służyć Tobie.
Więc mnie powitaj ciepłym uśmiechem,
bo ja nieśmiały jestem do kobiet...
Kwiecień 2005
Do dziewczyn
Niech mnie o pieśni nie błaga Beata.
Ja tylko smutne nutki śpiewać umiem,
lecz kiedy wiosna przemieni się w lato,
lepszą muzyką byle las zaszumi.
Gdy jeleń rykiem będzie wabił łanie,
to i twe serce głuchym nie zostanie.
Kiedy rozjarzy chmury pożar świtu
i wiatr skąpany w ognistej ułudzie
w nasz sen barwami pokusy zawita,
będzie cię wabił na łąkę, przed namiot...
Lecz wpierw wyplątać się musisz z mych ramion.
rzeźb mych nie widać, o filmach nie słychać...
A wy, dziewczyny, żądacie arcydzieł!
Na razie lepiej zajrzę do kielicha,
bo w nim tęsknotę niezmierzoną topię,
przy nudnym biurku marząc o urlopie.
??? 2005
Rozważania nad makatką
Tu las, jeleń z rogami jak wieszaki w szatni,
tam coś czworonożnego, może psy lub koty,
na rogacza się szczerzy i zagnało w matnię.
Krzywą spluwę wyciąga jakiś oprych stary,
drugi bandyta w trąbę dmie jak za dolary,
bo nie stać go na euro...
A ja marzę o tym
nerwowo gryząc palce przy dłoniach i stopach,
żeby jeleń myśliwym dobrze tyłki skopał.
w bieli czerwone serca wstążeczką błękitną
na zawsze połączone, nabrzmiałe nadzieją
na życie wspólne, wierne, wesołe i wieczne
wpływają do przystani cichej i bezpiecznej,
w której nad stromym brzegiem tulipany kwitną...
Jak długo panny młodej kibić jeszcze chudą
od rodzenia bachorów uchronić się uda?
flisak na modrej rzece właśnie rozmach bierze,
na niebie złote słońce nie świeci lecz gorze
a pobożne aniołki obok słońca klęczą
na chmurach połączonych kolorową tęczą,
po której śmiało mógłbyś jeździć na rowerze...
— Ten kicz jest mój! — coś korci i do czynu nagli:
Pęd! Góry! Rower! Tęcza! Nie refować żagli!
Kwiecień 2005
Handlarce rymów
Tak pisz, by było kolorowiej!
Barwy jak wiersze z kwiatów składaj,
maluj miraże, i w mej głowie
przefarbuj Rosję na Kanadę.
Niech łąki płoną srebrnym zniczem,
niech błękitnieją liście drzew,
niechaj krwią świeżą śniegi krzyczą
a ty ich krzyk układaj w śpiew...
Może od ciebie się nauczę
baśń o szewczyku i królewnie
zamykać wiolinowym kluczem.
Na pięciolinię rzucaj nuty,
łkaj wiolonczelą, bębnij w takt,
wesołość molów, durów smutek
zaksięguj do grających akt...
by się korowód wichrów kręcił,
by z mogił skalnych powstawali
rycerze w serca gór zaklęci.
Wtedy na rynek twój popędzę
i będę prosił szumem rzek,
byś mnie zmieniła w barwną przędzę
i wplotła w wiersza śpiewny ścieg...
Kwiecień 2005
Bezradność
Ten wiersz bezdomnej nie zaradzi biedzie,
nie mamy mocy wstrętu w miłość zmieniać.
Wołam — lecz głosu braknie, by powiedzieć,
że nasze czyny dały się wyprzedzić
milczeniom.
A gdy kurz wreszcie bitewny opadnie,
z rozdartej chmury niebo będzie broczyć
dreszczem tęsknoty. I spojrzy mi w oczy
bezradnie...
Sierpień 2005
Jazz
To się ludziska biorą za głowy,
na czym polegać ma wiersz jazzowy!
i ciepło się zaśmiać miesiącom zimowym wbrew,
i śmiech ten powinien się płynnie przemienić w szloch,
by oślepł pianista od z duszy płynących łez.
Saksofon... jak mrówki po plecach... kapusta i groch...
a knajpa wibruje, i jazz to, i jazz to, i jazzz!
— Be my baaabe! — Bądź mą dziewczyyynką! —
trębacz drze się, jak w ukrooopie,
by zamilknąć i przysynko... przysynko... przysynko...
przysynkooopić!
miał, jak Hermesowi, uskrzydlić im stopy.
— Mississippi river, she is going dry,
tak jak kiedyś wyschła daleka Limpopo.
Lecz nie gubcie rytmu, trzymajcie się róóól!
Wspomnienie tak dawno minionej, hańbiącej niewoli
w pianiście wciąż tli się, lecz prawie już wcale nie boli,
— He ain't no fooooooooooool!
bo śpiewak zaczerpnąć pozwala z krynicy swych bied.
— My baby, my baby, my baby, my baby, she...
my baby, she...
my baby, she
is dead.
Listopad 2005
Virorum illustrium lustratori
Cóż to przychodzi Ci do głowy?!
Naprawdę chcesz, szalony człecze,
ciosem maczugi strzaskać Słowo,
księgom stronice zakneblować
i wierszom rymy uciąć mieczem?!
kiedy Bóg wołał ,,niech się stanie!'',
wtedy Ci było świat oniemiać,
jeżeliś serce miał olbrzyma!
Odkąd przemówił pierwszy kamień,
słów rozpędzonych już nie wstrzymasz!
będzie szeptało, szeptało...
Twą broń jak starą szmatę pognie
...będzie wołało...
i nagle w twarz Ci plunie ogniem!
Wiesz, jaki stos mi wokół płonął,
kiedym wydzierał Persefonę
z władzy Hadesa? Pod mą ręką
wycie Cerbera przeszło w skowyt,
we łbie co chwila szrapnel pękał,
by się rozprysnąć bólu grzywą...
Lecz mocą lutni mej i słowa,
dziewczynę w świat wywiodłem. Żywą.
łzy spod jej powiek w niemym szlochu
po trochu
kapały na rany
a głos jej zatroskany
szeptał, że kocha...
przemierzał piekła i niebiosa,
w tym nie potrafisz strachu wzbudzić.
Nie będzie bał się Twoich ciosów.
Styczeń 2006
O dwóch bardach
Kiedy się grajek Marsjasz z Charonem spotykał
czekając, aż mu Parka nitkę życia przetnie,
słoną rosą po polach broczyła Attyka
wiedząc, że nie usłyszy już magicznej fletni
a nimfy i syleny szlochały w niedoli.
do innych celów Grekom potrzebny był Olimp,
więc zwalili posągi przestarzałych bogów.
I gdy się antyk prześnił i dźwięk cytry zamilkł,
byli pilnie zajęci własnymi sprawami.
a gdy zmieni się moda, odejść w zapomnienie?
Śpiewać dla szkap oślepłych, dla ptaków-nielotów,
piwnicznym szczurom skrobnąć czasem jakiś wierszyk —
nie dla laurów, lecz żeby świat stał się piękniejszy
i by po Twym odejściu ktoś zawył z tęsknoty...
Grudzień 2006
Przyjmijcie mnie do klubu
Przyjmijcie mnie do klubu. Ja też rymy piszę,
żeby lepić melodie z rozproszonych tchnień.
Modlitwą płatków śnieżnych nie kaleczę ciszy
a tylko cichym szronem osiadam na drzewach,
nie w uszach lecz pod skórą czytelnika śpiewam,
gdy Morfeusz spod powiek wygoni mu dzień.
w gardła zawracał z trudem wyksztuszone słowa.
By na chwałę potęgi słonych fal, zrymować
trwożne bicie serc ludzkich z przybojem na skałach,
żeby w kokpicie płomyk nadziei się tlił,
by ręka zaciśnięta na rumplu nie drżała.
co nie pragną analiz, pincetki i miarki,
które same na plecach wywołują ciarki,
wwiercają się pod czaszkę, trafiają do sumień.
Bukiet takiej poezji przyniósłbym w ofierze,
gdybym umiał ją robić.
Ale niezbyt umiem...
??? 2005
Barwy wiersza
Zanim się wiersz wykluje z rana
i z mgły rozbierze szare skały,
kłębi się w mroku całkiem biały,
choć już ze świtem zrymowany.
że kiedy wreszcie wstanie słońce,
to wiersz w dolinach zzielenieje
i w rymach zamknie się nęcących.
wyniosłe granie słońcem płoną,
pokryte rymowanym wierszem
ognistozłotym i czerwonym.
gościu, coś przybył tu z daleka,
to się nie wahaj wbić swój czekan
w wiersz, co się bieli na przełęczy.
Styczeń 2008
Cykl
Nad głową chmurny wał wykwita,
potem z gór rzewne deszcze płyną...
Nie można stale tkwić na szczytach,
czasem się spływa ku dolinom!
w raj pszczół wyrasta i motyli,
lecz kiedy wyjałowi ziemię,
wtedy się do upadku chyli.
Głośne — popada w zapomnienie.
Ale czasami w starym próchnie
młodziutkie pędy się zielenią...
Czy tobie śni się muzy dotyk?
Więc nie rozpaczaj, i nie dziamol,
lecz się zabieraj do roboty!
ma skrzydła w strzępach, nogi marne...
Lecz ty za linę chwyć i ciągnij!
Może wtaszczymy go na Parnas...
Styczeń 2008
Późnojesienne lekarstwo na nerwowość naszą codzienną
Niech szarpanina pełna podtekstów i znaczeń
przed nocą ścichnie. Miasto latarnie zaświeci —
wtedy pójdziemy, zrywając pęta rozpaczy,
w leśną dolinę, gdzie się nie gryzą poeci.
Pies się zagubi w mgle gęstniejącej i w mroku,
co hałas tłumi niby olbrzymia poducha.
Przyjdą na pomoc pląsałki leśne i duchy,
ustanie w duszy rozwibrowany niepokój.
Mgła litościwa niech nasze spory zasłoni,
wilgoć kojącą niech nam przyłoży do skroni...
Grudzień 2008
Dom pod kwiatem paproci
Nie pora się namiętnie roztęskniać o lecie,
kiedy mróz w gnuśnych sercach krew zeszklił...
Głucha cisza. Poeci odeszli.
Jeszcze w kącie się wala gryf od starej lutni,
jeszcze kran w pegazience żywą wodą ciurka,
jeszcze sonet w podwórku
i księżyc na sznurku,
jeszcze muza zagląda — lecz coraz jej smutniej.
W pustych ramach okiennych wiatr z Parnasu świszcze,
pod stołem wysychają natchnienia okruchy...
stopy biegiem znużone stawiam pośród zgliszczy
i wołam do Was z Litwy:
— Stańcie! Niech ktoś słucha!
Nowy dom będę stawiał. Kto ze mną?
Marzec 2009
Wiersz ostatni
Tam, pod szarym lastrykiem, spoczywam bez ruchu,
ale także nieważki polatuję obok,
jak liść jesienny tańcząc w przelotnych podmuchach.
Aż mnie przemożna siła odrywa od grobu
Tycie samochodziki na wstążkach się pasą...
— Ziemio! Słońce! Wszechświecie! — Już nie ma Wszechświata.
— Dlaczego?! — Prędkość światła, dylatacja czasu...
— Oskarżony! Sąd idzie! — robi mi się słabo...
Brzmi kościelna łacina, więc nie wstaję z kolan,
— Quid fecisti sub sole dum etiam spirabas?
— Wysoki Sądzie, chciałbym odpowiadać wierszem.
Czerwiec 2009
Zniechęcenie
Nie dbam o dziewcząt włosy,
nie dbam o ptasząt głosy
(choć sam nucę bezwiednie).
Tyle już miałem wiosen —
co mi po jeszcze jednej?
więc lepiej uszy zatkam...
W rannej rosie skąpane
te wieczne listki i kwiatki
są przereklamowane.
i tak dotrwam do zimy —
radość to całkiem nie to.
Usunę z wierszy rymy
i stanę się poetą...
??? 2005
|
On pisał jej stichi na sniegu, k sożalieniju tajut sniega. W. Wysocki |
W ogień na polanie wrzucę zwiędłe dni,
od bezksiężycowych północy ciemniejsze.
Na jadze zawieszę gar spienionej krwi,
nie z żył wyciśniętej, lecz z wierszy.
Ziół podosypuję, przepalonych gromem,
co nad Wielkim Borem niegdyś się rozpieklił,
ziół z łagodnych magur i z beskidów stromych,
zebranych o brzasku przez wiedźmę znajomą,
ususzonych, zanim na stos ją powlekli.
Z sagana się sączy woń smreków stęsknionych,
i dym człekokształtny wyciąga ramiona,
i w widmo powiewem szarpane dojrzewa,
a śpiew się nasila i kona...
Poezja się zjawia jak przełęcz wśród gór,
jak brama do nieba...
I nagle trzykrotnie piał kur!
Nadal gwiazdy świecą na góry mocarne,
na moją polanę pod dębami trzema,
i płonie ognisko, nad nim wisi garnek
— ale w nim już magii i poezji nie ma...
Maj 2010
Kiedy rozlega się nad głową
W lata niedoli i rozstania,
Złamany klarnet, trąbka zgięta,
Lecz człowiek się nie udał. Pisał go grafoman.
Pewien poeta z Zachodnich Antyli
Pewien poeta rzucił ziemskie brudy
A znów jedna włoska Lukrecja z przeszłości
Pewien koneser pod Zgierzem
Raz romantyczna dziewczyna z Miszewa
Był taki dziwak z Dziwnowa
Pewien czarodziej z Internetu zimą
A za to inny gościu wcale nie miał klasy,
W pewną żabę przy szosie na Piłę
A znowu dwaj w niebie anieli
Zadziwił się fizyk ze Śrema,
Rozpaczał nieboszczyk spod Troi,
Zimą pewien sybirak uparty
Raz pewien poeta z Helsinek
O gościu z Gdańska będą teraz wieści.
Pewnemu programiście, co stale wszystko miał w nosie,
Nie wiedział chiński poeta w Czian-Tai-Ku
Pewien poeta z Pacanowa
Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025
Maleńki zespolik nadziei
Przekład piosenki
Bułata Okudżawy
głos trąb wśród zgiełku zwykłych skarg,
jak stada nocnych ptaków słowa
zrywają się z gorących warg.
Melodia tchnieniem ciepłym wieje
i zmywa z twarzy resztki pyłu
— zespolik maleńki nadziei
i jego dyrygentka — Miłość.
gdy walił ołowiany grad
po plecach nas bez zmiłowania,
kiedy pociemniał wokół świat.
I gdy dowódcy oniemieli,
dowodził z niespodzianą siłą
— zespolik maleńki nadziei
i jego dyrygentka — Miłość.
na bębnie się rozlazły szwy,
fagotu nikt już nie pamięta —
lecz twarz flecisty szczęściem lśni.
Wszyscy muzycy wypięknieli,
bo z ludźmi im po drodze było
— zespolik maleńki nadziei
i jego dyrygentka — Miłość.
Czerwiec 2017
Być człowiekiem?!
Wielki był to poeta, który góry stworzył
i w śnieg je odziewając rytmu nie uronił.
Wielki, który zrymował bałwany na morzu
z jastrzębiem, co nad lasem szybuje w przestworzu
i w rzekę wpieśnił pstrągi a na stepy konie.
Wzruszam się każdą zwrotką księżycowej pełni,
kruchość róży podziwiam i potęgę gromu.
Na twarz padam przed Wieszczem, który je popełnił.
Styczeń 2005
LIMERYKI
Za astronoma spod Zagórza
chciała się wydać pewna Róża.
Lecz on na kobietę
skierował lunetę
i spytał: ,,Czemu taka duża?!''.
żywił się tęczą i pyłkiem motylim.
Choć w nim z tej diety natchnienie wzrastało,
ale kurczyło się doczesne ciało.
Więc przymusowo chłopa nakarmili.
i wzleciał w rajską krainę ułudy.
Lecz gdy tam tchnienie dali
na obiad mu podali,
to cichcem wrócił do żony Gertrudy.
nie wiedziała co na obiad podać w poście.
Załatwiła więc za friko
spaghetti con arsenico.
To jednak nie wyszło na zdrowie jej gościom...
w wódce zakochał się szczerze.
I choć niskiego był wzrostu,
zagrychę lubiał dość ostrą.
Więc przy toaście zżarł Jeża.
chciała wiatr dosiąść i lecieć jak mewa.
Z wielkim zapałem dziewczyna ta
przeszła przez wszystkie kursy świata
i teraz lata. Ale jej podwiewa.
co tarantule hodował.
Aż jedna z nich w szale
ucięła go w palec,
lecz i tak mu się podoba.
różdżką pomachał, co ją w dłoni trzymał.
Błysło, strzeliło i koło łóżka
stanęła piękna i mądra wróżka.
Lecz nikt nie wiedział, skąd tu tyle dymu.
bo pragnąc być poważny, ciągle tylko hasał.
Gdy wstrząsał niebem wśród grzmotów i huku,
ludzie za brzuchy się brali z rozpuku.
Wiem o nim dosyć dużo, bo to byłem ja sam.
różne rzeczy wpinały się miłe.
Lecz gdy miłość ustała,
wypiąć nic nie umiała,
więc westchnęła: — Boże, daj mi tyłek!
na padół łez gorzkich zejść chcieli.
Ich plan był do bani,
doczesność nie dla nich,
bo w nic nie umieli się wcielić.
że w taki wdaliśmy się temat.
On przecież wie ze szkoły,
że wszystkie te anioły —
to ich nie ma.
że Schliemann mu nerwy rozstroił.
Zawodził: ,,— To faux pas
tak cmentarz rozkopać!''
I nie mógł go nikt uspokoić.
jeździł w gorod na bilard i karty.
Gdy zagrała muzyka,
tanecznie się rozfikał.
A rano, to nawet odpiął narty.
się zdobył na piękny uczynek.
Zakrzyknął: ,,— Choroba!
kurczaczko, daj dzioba!''
I tak ją przemienił w dziewczynę.
Wpierw limeryków spłodził ze trzydzieści,
potem przeczytał, rzekł: ,,— Kurna,
wszystkie złośliwe i durne!''
i postanowił ich tu nie zamieścić.
kazali skonwertować LATIN-2 w UTF-8.
Lecz zrobił to tak niedbale,
jak gdyby nie zrobił wcale
i po latach widzimy, jakie z niego było prosię.
czy epopeję ma pisać, czy haiku.
Aż kumpel rzekł mu: ,,— Napisz, kolego,
długą krytykę wiersza cudzego,
to wtedy nikt się do ciebie nie przypierniczy o brak
rymu.''
bez przerwy śmiał się i fraszkował.
Gdy błagały go rzesze
,, — Porzuć ten wieczny śmieszek!''
rzekł: ,,— Nie da się, nie ta już głowa...''.
Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej