Przelazłem wydmy, stanąłem na plaży.
,,— Odtąd nie spoczniesz, zanim ujrzysz rano
Zniknął. I nawet nie zażądał duszy.
Cieszę się szkwałem i stateczną bryzą.
byle krwawiły chmury o zachodzie...
prędkość upaja mnie niczym narkotyk
— Nalej im, bracie, słodkiej wody!
— Nie lepiej wam się kąpać w rosie,
A one, gdy odpoczną nieco,
Odbijaczem pieściła mi burtę noc całą.
Po błędnych ortodromach włóczyłem się za nią
Nie chciałem jej pokrzywdzić śmiałym abordażem
alpinista z niskich szczytów,
Co ich łączy? — Chlupot fali,
bryzgi, które biją w burtę
Na nic się zdadzą modły waszych matek,
Po raz ostatni wzlatuję nad fale.
Wycieka ropa z pękniętego baku,
Pijany matros ostrzyżoną głowę
Bezmyślnie będzie pieścić dłoń kobieca
Niebawem już.
Kiedy nam wreszcie fala zapluska pod kilem
Jeszcze każde marzenie potrafi się ziścić,
Może za naszą rufą cumulus zawiśnie,
Jeszcze czekamy... Jeszcze wyobraźnia gada...
Może kędyś na kursie z Konga do Elbląga
Jeszcze nic się nie stało i wszystko przed nami...
Tęskne melodie po łbie mi się snują
Kraj wielki, nędzny, utaplany w brudzie,
Igołka chandry w duszę mi się wbiła
Wiatr się odkręcił — widać pora wracać
— Tak trzymać! — wicher szarpie foka.
Fala podnosi nas wysoko,
— Refujmy żagle!
Sól na mej twarzy, czy to pot?
— Jeśli nie wyjdzie szybko zwrot,
Łajba się wznosi i opada,
Potem się skryję w podmorskiej głębinie
Nie uzgadniając tego kroku z nikim
A kiedy zjedzie nad ocean w gości
Krzyknąłem: — Wracaj do brzegu i nie toń! —
— Nie, tak wysoko mój czar nie dosięga
Ona spojrzała, gdzie wschód już się żarzył
Lecz nim sen wygładzi zmarszczki morskiej fali,
— Nie odwracaj oczu, zalękniony boże!
Towarzysze nasi śpią w podwodnych kojach,
Diabelskie błogosławieństwo
Noc była wietrzna, stworzona do marzeń,
coś niedobrego działo się z Księżycem...
Wtem, gdy włożyłem rękę w słoną wodę,
znikąd przygnała łajba z piekła rodem
i w moje serce rzuciła kotwicę.
Mózg mi się przegrzał i wola osłabła,
pod miękką nogą zakiwał się piach,
gdy usłyszałem głos morskiego diabła:
zieleń spienioną i rozfalowaną,
jaką widziałeś dotąd tylko w snach.
Będą cię nęcić wyspy nieodkryte,
póki nie łykniesz zza burty błękitu.
Zaklęte drogi przed tobą otworzę,
a ty skaliste klify na pył skruszysz,
by nie wzbraniały ci drogi na morze.''
Wrzesień 2007
MORSKIE OPOWIEŚCI — PENTAPTYK SONETOWY
Ja
W stoczni nadano mi wysmukłe kształty.
Na masztach wanty jak gitary struny
rozpięto. Idę przez wzburzony Bałtyk
wolny i lekki, niedościgły szkuner.
Niech wiatr skąd zechce pełną mocą wieje,
byle za mglisty gonił mnie horyzont,
byle mi żagle wypełniał nadzieją,
— Do kabestanów! Wybierajcie szoty!
Mknę po szumiącej niespokojnej wodzie,
i pełen jestem od zęzy do stengi
beztroskiej siły i boskiej potęgi.
Moi goście
Ptaki zmęczone lotem w słońcu,
wędrowne ptaki z mego kraju,
pierzaste kłębki trzepocące
czasem na rejach mi siadają.
Niech sfruną do niej niby z drzewa
ptaki dorosłe, i te młode,
zbyt wyczerpane, żeby śpiewać.
albo po lasach jaja znosić?
Na morzu poginiecie w znoju!
odwiecznym gnane niepokojem
odlecą...
Moja miłość
Podeszła pod ciężarnie wydętą genuą
i małym grotem. Zgrabnie tańczyła na fali.
Kiedy u mego boku ją zacumowali
bulaje mi wzruszenie nieznane zasnuło.
Pluskała, że mnie kocha. Gdy się rozwidniło,
na moich knagach własne obkładała fały,
aż wszystko się splątało. Wyznałem jej miłość.
z jej achterpiku pragnąc owoców kochania.
Płynąłem jak rozbitek bez własnej busoli.
a ona pewnej nocy — niech ją Bóg ukarze —
z jakimś brygiem uciekła. Dotąd mnie to boli...
Moi ludzie
Oto moja jest załoga:
matematyk cztery-oczy,
łysy myślant kuternoga,
poliglota na uboczu,
wieszcz bez lutni lecz z fujarą,
politykier incognito
oraz wiecznie głodny jarosz.
światła w mroku, sierp księżyca,
zew mgłowego rogu w dali,
i przygoda ladacznica,
co ich wszystkich kocha hurtem.
Mój epilog
Sztormowy bezan zdarł mi wicher wściekły,
dziobu pod wiatr odkręcić nie mam siły!
Na dek zwaliło się spienione piekło
i zapachniało mi morze mogiłą!
gdy wręgi gną się dygocąc złowieszczo!
— Pomóżcie, ludzie! To ginie wasz statek!
Ginę i walczę! Lecz jak długo jeszcze?!
— Ląd po zawietrznej! — czy ptakiem się stanę?!
— Do sztrandowania! — na piasek się walę!
leżę bezsilnie na burcie strzaskanej...
Do wczoraj szkuner. Dzisiaj jeden z wraków.
Grudzień 2002
Legenda gdańska
Portowa dziwka weźmie się pod boki,
ukradkiem strąci łzy ze swoich rzęs.
Nad ląd mgły jęzor sięgnie znad Zatoki,
a po jej falach miękkim kocim krokiem
nadbiegnie Sens.
złoży dziewczynie na zwiotczały cyc.
Gdy miasto rankiem obudzi się znowu,
na pozór niczyj los się nie odmieni,
jakby tej nocy nie stało się nic.
I choć w powietrzu zawibrują Słowa,
znów w dal pociągną ludzie przemęczeni
po ciężkich szlakach przywykli wędrować.
Lecz po nowemu szkwał im już zawieje
tchnieniem nadziei.
śpiącego majtka gruby byczy kark.
Przy farwaterze boje się zaświecą,
Wędrowiec znikąd, posłaniec Mądrości
z brzaskiem odejdzie, lecz nasz lęk pokona.
Powoli ścichnie chór ulotnych skarg
a o swe życie przestaną grać w kości
ludzie z przeciwnej tego globu strony,
goście z dalekich egzotycznych mórz,
załogi statków dawno zatopionych.
Luty 2003
Rejsik
Kąty Rybackie
Nic się jeszcze nie stało, wszystko stać się może...
i jacht się na kurs wschodni posłusznie położy
a pod kadłub wilgotne podsuną się mile —
czy nasze miecze rafy podwodne ominą?
Czy znajdziemy piratów skarby w jakimś wraku?
Może Neptun żartowniś ześle nam delfina
przebranego za ruski prom dla niepoznaki?
bo nic jeszcze nie zaszło i nic się nie stało...
z którego stale w plecy czwórka będzie wiała?
Czy wiatr nam się zaśmieje czy ulewa załka?
Czy mewa przewodniczka pofrunie przed sztagiem?
Może na stromej fali zatańczy rusałka
i do słońca wystawi swoje piersi nagie?
jest wir, w którym się łajba nagle w dół zapada
a tam niżej się całkiem inny świat rozciąga?
Czy w odmętach znajdziemy gigantyczne kraby?
Czy może śpiew syreni w drodze nas omami?
Czy będzie nam kompasem kręcił morski diabeł?Bałtijsk
Chodzę na codzień w gronostajach złotych,
jeżdżę leksusem i szampany żłopię.
Lecz gdy nostalgii dosięga mnie dotyk
i tępym bólem uderza jak młotem,
to chciałbym wymknąć się mojej Europie.
i smętek za mną podąża krok w krok,
serce powtarza molitwu żiwuju
i znowu manit tumannyj wostok.
niespiesznie w tajdze ciekną szare dni.
A kiedy w biedzie pomogą ci ludzie,
nie dziękuj, bratiec, lisz' ruku pożmi.
i moją łajbę na wschód ciągle gna.
Kraj wielkiej armii i toski unyłoj,
chatek drewnianych, piesien u kostra.
znów do Europy. Zegar szybciej tyka
i już mnie szuka moja ważna praca.
Znów się wprowadzam do mego pałacu
i znów wykwintne frykasy połykam.
Stawa ,,Gdańsk''
Znam sterty zasad, praw i norm,
rady żeglarzy siwobrodych,
wiem, jak się ustrzec niepogody
i jak przeczekać w porcie sztorm.
Lecz duszę gniecie mi tęsknota,
gwizdu na wantach jest mi żal!
Niech jacht przegania wodoloty,
na pełnych żaglach leci w dal!
— Refujmy żagle, idzie szkwał!
dmuchnęło wściekle spod obłoków,
lecz kto by tam się wiatru bał...
— Nie bój żaby!
Za rumpel ciągnę dłonią słabą,
wzburzona piana z wiatrem leci...
to zaliczymy jakieś sieci!
— Refujmy żagle!
— Nie da rady,
nie może w locie stanąć ptak!
nic już jej więcej nie potrzeba.
Pod kilem stopy wody brak
...więc śmiało biorę kurs na niebo...
Sierpień 2003
Plan
Wiatr... księżyc... fale... mgła nad oceanem
gęsta jak dobry poemat...
Aż którejś nocy ja z tej mgły powstanę —
bo dotąd jeszcze mnie nie ma.
ballady rozgwiazdom śpiewać
i z ust mych obłok bąbelków wypłynie
a w każdym bąbelku mewa.
— bo tam nie będzie nikogo —
wszystkim syrenom założę staniki
i minikiecki na ogon.
letników wrzaskliwa tłuszcza,
to ja się przed nią ukryję w nicości,
znaczy we mgle się rozpuszczę...
Luty 2005
O chodzeniu po wodzie
Ja nie potrafię. Lecz kiedyś widziałem,
gdzie? — nie wiem, w tym cały jest szkopuł —
morską dziewczynę, co na fali stała,
wiatr przezroczyste przewiewał jej ciało
a woda pieściła jej stopy.
już byłem bez kurtki i boso.
Spytała: — Czyś ty, pijany poeto,
dziś przy księżycu wyśnił sobie mnie tu,
boginkę z muszlami we włosach?
i sny są w urodę ubogie.
Ciebie zrodziła pewnie ta potęga,
która przyzywa nas do widnokręgu
i statkom odbiera załogi.
i lekko pobiegła przez morze.
Zostałem pełen zawodu na plaży
niepewny, kto ją tak piękną wymarzył
i kto z was, poeci, ją stworzył...
Marzec 2005
Hipnoza
— Patrz, Neptunie rozgniewany z dawnych baśni,
prosto w oczy! Nie bój się ludzkiego wzroku!
Ja za chwilę Słowo powiem, wtedy zaśniesz.
Gdy się zbudzisz, będziesz ulgę czuł i spokój.
musisz sięgnąć do rejestru wodnych grobów.
— Zwróć nam tych, cośmy ich niegdyś pokochali,
lecz za słabi byli, by się zmierzyć z Tobą!
Nim widnokrąg nowym wschodem się rozzłoci,
pod bukszprytu władczą różdżką ścichnie morze,
zaginione statki odda po dobroci.
otuleni bryzą słów niedoszumianych.
— Śpij, Neptunie. I niech we śnie ci się roi
naga Wenus narodzona z twojej piany...
Maj 2005
| Muzyka i tytuł: Bogusław Jackowski |
Front chmur się wypiętrzył w oddali,
więc duszkiem grog z kubka wychylę,
a kroplę wyleję na fale.
— Nie odmów mi wody pod kilem!
Gdy sztorm nas dogoni ulewą
i tęsknie na wantach zajęczy,
niech szantę wraz ze mną zaśpiewa.
— Nie odmów nadziei na tęczę!
Czerwiec 2005