FALE W ODDALI

  1. Diabelskie błogosławieństwo
  2. MORSKIE OPOWIEŚCI — PENTAPTYK SONETOWY
  3. Legenda gdańska
  4. Rejsik
  5. Plan
  6. O chodzeniu po wodzie
  7. Hipnoza
  8. Rybitwia Mielizna
  9. Kołyszanta
  10. Mewa
  11. Szanta
  12. Odbicie
  13. Omnis moriar
  14. Brzask
  15. Potęga
  16. Cisza
  17. ZBIOREK BAŚNI O PIRATACH I MGLE
  18. Komunikat
  19. Statkom nudzi się port
  20. Tęsknota

Diabelskie błogosławieństwo

Noc była wietrzna, stworzona do marzeń,
coś niedobrego działo się z Księżycem...

Przelazłem wydmy, stanąłem na plaży.
Wtem, gdy włożyłem rękę w słoną wodę,
znikąd przygnała łajba z piekła rodem
i w moje serce rzuciła kotwicę.
Mózg mi się przegrzał i wola osłabła,
pod miękką nogą zakiwał się piach,
gdy usłyszałem głos morskiego diabła:

,,— Odtąd nie spoczniesz, zanim ujrzysz rano
zieleń spienioną i rozfalowaną,
jaką widziałeś dotąd tylko w snach.
Będą cię nęcić wyspy nieodkryte,
póki nie łykniesz zza burty błękitu.
Zaklęte drogi przed tobą otworzę,
a ty skaliste klify na pył skruszysz,
by nie wzbraniały ci drogi na morze.''

Zniknął. I nawet nie zażądał duszy.


Wrzesień 2007


MORSKIE OPOWIEŚCI — PENTAPTYK SONETOWY

Ja

W stoczni nadano mi wysmukłe kształty.
Na masztach wanty jak gitary struny
rozpięto. Idę przez wzburzony Bałtyk
wolny i lekki, niedościgły szkuner.

Cieszę się szkwałem i stateczną bryzą.
Niech wiatr skąd zechce pełną mocą wieje,
byle za mglisty gonił mnie horyzont,
byle mi żagle wypełniał nadzieją,

byle krwawiły chmury o zachodzie...
— Do kabestanów! Wybierajcie szoty!
Mknę po szumiącej niespokojnej wodzie,

prędkość upaja mnie niczym narkotyk
i pełen jestem od zęzy do stengi
beztroskiej siły i boskiej potęgi.

Moi goście

Ptaki zmęczone lotem w słońcu,
wędrowne ptaki z mego kraju,
pierzaste kłębki trzepocące
czasem na rejach mi siadają.

— Nalej im, bracie, słodkiej wody!
Niech sfruną do niej niby z drzewa
ptaki dorosłe, i te młode,
zbyt wyczerpane, żeby śpiewać.

— Nie lepiej wam się kąpać w rosie,
albo po lasach jaja znosić?
Na morzu poginiecie w znoju!

A one, gdy odpoczną nieco,
odwiecznym gnane niepokojem
odlecą...

Moja miłość

Podeszła pod ciężarnie wydętą genuą
i małym grotem. Zgrabnie tańczyła na fali.
Kiedy u mego boku ją zacumowali
bulaje mi wzruszenie nieznane zasnuło.

Odbijaczem pieściła mi burtę noc całą.
Pluskała, że mnie kocha. Gdy się rozwidniło,
na moich knagach własne obkładała fały,
aż wszystko się splątało. Wyznałem jej miłość.

Po błędnych ortodromach włóczyłem się za nią
z jej achterpiku pragnąc owoców kochania.
Płynąłem jak rozbitek bez własnej busoli.

Nie chciałem jej pokrzywdzić śmiałym abordażem
a ona pewnej nocy — niech ją Bóg ukarze —
z jakimś brygiem uciekła. Dotąd mnie to boli...

Moi ludzie

Oto moja jest załoga:
matematyk cztery-oczy,
łysy myślant kuternoga,
poliglota na uboczu,

alpinista z niskich szczytów,
wieszcz bez lutni lecz z fujarą,
politykier incognito
oraz wiecznie głodny jarosz.

Co ich łączy? — Chlupot fali,
światła w mroku, sierp księżyca,
zew mgłowego rogu w dali,

bryzgi, które biją w burtę
i przygoda ladacznica,
co ich wszystkich kocha hurtem.

Mój epilog

Sztormowy bezan zdarł mi wicher wściekły,
dziobu pod wiatr odkręcić nie mam siły!
Na dek zwaliło się spienione piekło
i zapachniało mi morze mogiłą!

Na nic się zdadzą modły waszych matek,
gdy wręgi gną się dygocąc złowieszczo!
— Pomóżcie, ludzie! To ginie wasz statek!
Ginę i walczę! Lecz jak długo jeszcze?!

Po raz ostatni wzlatuję nad fale.
— Ląd po zawietrznej! — czy ptakiem się stanę?!
— Do sztrandowania! — na piasek się walę!

Wycieka ropa z pękniętego baku,
leżę bezsilnie na burcie strzaskanej...
Do wczoraj szkuner. Dzisiaj jeden z wraków.


Grudzień 2002


Legenda gdańska

Portowa dziwka weźmie się pod boki,
ukradkiem strąci łzy ze swoich rzęs.
Nad ląd mgły jęzor sięgnie znad Zatoki,
a po jej falach miękkim kocim krokiem
nadbiegnie Sens.

Pijany matros ostrzyżoną głowę
złoży dziewczynie na zwiotczały cyc.
Gdy miasto rankiem obudzi się znowu,
na pozór niczyj los się nie odmieni,
jakby tej nocy nie stało się nic.
I choć w powietrzu zawibrują Słowa,
znów w dal pociągną ludzie przemęczeni
po ciężkich szlakach przywykli wędrować.
Lecz po nowemu szkwał im już zawieje
tchnieniem nadziei.

Bezmyślnie będzie pieścić dłoń kobieca
śpiącego majtka gruby byczy kark.
Przy farwaterze boje się zaświecą,
Wędrowiec znikąd, posłaniec Mądrości
z brzaskiem odejdzie, lecz nasz lęk pokona.
Powoli ścichnie chór ulotnych skarg
a o swe życie przestaną grać w kości
ludzie z przeciwnej tego globu strony,
goście z dalekich egzotycznych mórz,
załogi statków dawno zatopionych.

Niebawem już.


Luty 2003


Rejsik

Kąty Rybackie

Nic się jeszcze nie stało, wszystko stać się może...

Kiedy nam wreszcie fala zapluska pod kilem
i jacht się na kurs wschodni posłusznie położy
a pod kadłub wilgotne podsuną się mile —
czy nasze miecze rafy podwodne ominą?
Czy znajdziemy piratów skarby w jakimś wraku?
Może Neptun żartowniś ześle nam delfina
przebranego za ruski prom dla niepoznaki?

Jeszcze każde marzenie potrafi się ziścić,
bo nic jeszcze nie zaszło i nic się nie stało...

Może za naszą rufą cumulus zawiśnie,
z którego stale w plecy czwórka będzie wiała?
Czy wiatr nam się zaśmieje czy ulewa załka?
Czy mewa przewodniczka pofrunie przed sztagiem?
Może na stromej fali zatańczy rusałka
i do słońca wystawi swoje piersi nagie?

Jeszcze czekamy...   Jeszcze wyobraźnia gada...

Może kędyś na kursie z Konga do Elbląga
jest wir, w którym się łajba nagle w dół zapada
a tam niżej się całkiem inny świat rozciąga?
Czy w odmętach znajdziemy gigantyczne kraby?
Czy może śpiew syreni w drodze nas omami?
Czy będzie nam kompasem kręcił morski diabeł?

Jeszcze nic się nie stało i wszystko przed nami...

Bałtijsk

Chodzę na codzień w gronostajach złotych,
jeżdżę leksusem i szampany żłopię.
Lecz gdy nostalgii dosięga mnie dotyk
i tępym bólem uderza jak młotem,
to chciałbym wymknąć się mojej Europie.

Tęskne melodie po łbie mi się snują
i smętek za mną podąża krok w krok,
serce powtarza molitwu żiwuju
i znowu manit tumannyj wostok.

Kraj wielki, nędzny, utaplany w brudzie,
niespiesznie w tajdze ciekną szare dni.
A kiedy w biedzie pomogą ci ludzie,
nie dziękuj, bratiec, lisz' ruku pożmi.

Igołka chandry w duszę mi się wbiła
i moją łajbę na wschód ciągle gna.
Kraj wielkiej armii i toski unyłoj,
chatek drewnianych, piesien u kostra.

Wiatr się odkręcił — widać pora wracać
znów do Europy. Zegar szybciej tyka
i już mnie szuka moja ważna praca.
Znów się wprowadzam do mego pałacu
i znów wykwintne frykasy połykam.

Stawa ,,Gdańsk''

Znam sterty zasad, praw i norm,
rady żeglarzy siwobrodych,
wiem, jak się ustrzec niepogody
i jak przeczekać w porcie sztorm.
Lecz duszę gniecie mi tęsknota,
gwizdu na wantach jest mi żal!
Niech jacht przegania wodoloty,
na pełnych żaglach leci w dal!

— Tak trzymać! — wicher szarpie foka.
— Refujmy żagle, idzie szkwał!

Fala podnosi nas wysoko,
dmuchnęło wściekle spod obłoków,
lecz kto by tam się wiatru bał...

— Refujmy żagle!
— Nie bój żaby!

Sól na mej twarzy, czy to pot?
Za rumpel ciągnę dłonią słabą,
wzburzona piana z wiatrem leci...

— Jeśli nie wyjdzie szybko zwrot,
to zaliczymy jakieś sieci!
— Refujmy żagle!
— Nie da rady,
nie może w locie stanąć ptak!

Łajba się wznosi i opada,
nic już jej więcej nie potrzeba.
Pod kilem stopy wody brak
...więc śmiało biorę kurs na niebo...


Sierpień 2003


Plan

Wiatr...   księżyc...   fale...   mgła nad oceanem
gęsta jak dobry poemat...
Aż którejś nocy ja z tej mgły powstanę —
bo dotąd jeszcze mnie nie ma.

Potem się skryję w podmorskiej głębinie
ballady rozgwiazdom śpiewać
i z ust mych obłok bąbelków wypłynie
a w każdym bąbelku mewa.

Nie uzgadniając tego kroku z nikim
— bo tam nie będzie nikogo —
wszystkim syrenom założę staniki
i minikiecki na ogon.

A kiedy zjedzie nad ocean w gości
letników wrzaskliwa tłuszcza,
to ja się przed nią ukryję w nicości,
znaczy we mgle się rozpuszczę...


Luty 2005


O chodzeniu po wodzie

Ja nie potrafię. Lecz kiedyś widziałem,
gdzie? — nie wiem, w tym cały jest szkopuł —
morską dziewczynę, co na fali stała,
wiatr przezroczyste przewiewał jej ciało
a woda pieściła jej stopy.

Krzyknąłem: — Wracaj do brzegu i nie toń! —
już byłem bez kurtki i boso.
Spytała: — Czyś ty, pijany poeto,
dziś przy księżycu wyśnił sobie mnie tu,
boginkę z muszlami we włosach?

— Nie, tak wysoko mój czar nie dosięga
i sny są w urodę ubogie.
Ciebie zrodziła pewnie ta potęga,
która przyzywa nas do widnokręgu
i statkom odbiera załogi.

Ona spojrzała, gdzie wschód już się żarzył
i lekko pobiegła przez morze.
Zostałem pełen zawodu na plaży
niepewny, kto ją tak piękną wymarzył
i kto z was, poeci, ją stworzył...


Marzec 2005


Hipnoza

— Patrz, Neptunie rozgniewany z dawnych baśni,
prosto w oczy! Nie bój się ludzkiego wzroku!
Ja za chwilę Słowo powiem, wtedy zaśniesz.
Gdy się zbudzisz, będziesz ulgę czuł i spokój.

Lecz nim sen wygładzi zmarszczki morskiej fali,
musisz sięgnąć do rejestru wodnych grobów.
— Zwróć nam tych, cośmy ich niegdyś pokochali,
lecz za słabi byli, by się zmierzyć z Tobą!

— Nie odwracaj oczu, zalękniony boże!
Nim widnokrąg nowym wschodem się rozzłoci,
pod bukszprytu władczą różdżką ścichnie morze,
zaginione statki odda po dobroci.

Towarzysze nasi śpią w podwodnych kojach,
otuleni bryzą słów niedoszumianych.
— Śpij, Neptunie. I niech we śnie ci się roi
naga Wenus narodzona z twojej piany...


Maj 2005


Rybitwia Mielizna

Przy Rybitwiej Mieliźnie piach kłębi się z falą.
Nie ma na niej owadów, trawy ani drzew.
Nad Rybitwią Mielizną krążą stada mew
i tęsknie nad swym losem bezdomnym się żalą.

Tu i ówdzie tkwią łodzie piaskiem przysypane,
deptały fale, kiedy miały jeszcze dusze.
Na resztkach ich kadłubów siedzą kormorany,
w wietrze pieszczącym plażę czarne pióra suszą.

To raj ptasi, ty będziesz pośród nich jak widz,
jeśli zwabią cię w morze wyspy nieodkryte.

Na Rybitwiej Mieliźnie nie ma więcej nic.
Więc czemu, kiedy patrzę, dal za serce chwyta?


Październik 2007


Kołyszanta
Muzyka i tytuł: Bogusław Jackowski

Z zachodu horyzont zasnuty,
a wschód jeszcze słońcem się złoci.
— Poganiaj, Neptunie, mój kuter,
nie odmów mu wiatru na grocie!

Front chmur się wypiętrzył w oddali,
więc duszkiem grog z kubka wychylę,
a kroplę wyleję na fale.
— Nie odmów mi wody pod kilem!

Gdy sztorm nas dogoni ulewą
i tęsknie na wantach zajęczy,
niech szantę wraz ze mną zaśpiewa.
— Nie odmów nadziei na tęczę!


Czerwiec 2005


Mewa

Siadam na topie masztu a nie na ramionach.
Słucham ludzkiej tęsknoty dyszącej w kabinie.
Czekam, aż świt rozdzieli dwa ciała splecione,
aż jacht kipiel przyboju przy główkach pokona
i w mgłę szarpaną wiatrem odpłynie.

Gwizd na wantach, ulewa, Neptun się rozsrożył.
Ciasny kokpit, grot w refach, dwa cienie na fali...
Do ich twarzy — łzy przyschły, czy tylko sól z morza?
Niech im wicher roznieci w zmarzłych głowach pożar,
niech serca pozycyjne zapali.

Pofrunę tam, gdzie fale cwałują jak konie,
gdzie z odmętów wychodzą żeglarze umarli.
Nie siadam na ramionach, lecz pióro uronię
do łupinki żywiołem miotanej, gdzie oni
znów do siebie ustami przywarli.


Październik 2005


Szanta

Dziś słońce na wachtę wstawało pąsowo,
od rana jak morda napita wygląda.
I kumulonimbus rozkwita nad głową
jak nasza tęsknota za lądem.
Łódź w otchłań się wali i w niebo się zrywa,
pierwszemu od bryzgów kapota przemokła,
dziób tapla się w pianie jak mól w szklance piwa
i solą pokrywa się pokład.

Ref. Popłyńmy wesoło i śmiało,
gdzie mgliste majaki nas zwiodą,
bo na to jest osiem Beauforta i szkwały,
by żagle wypełniać przygodą.
Popłyńmy przez chmury, i dalej,
gdzie szczęścia ulewa się marzy,
bo na to na morzu dziewiąte są fale,
by miało co bujać żeglarzy.

W błękitne odmęty syreny zielone
wzywają spod stewy i szanty swe nucą,
więc słuchaj! Lecz jeśli chcesz którąś dogonić,
to skrzela mieć musisz, nie płuca.
Posejdon salingi ku wodzie nachyla
i mewy nad łachą piaszczystą się kręcą.
Lecz jeśli w tą łachę zaryjesz się kilem,
to lepiej miej skrzydła, nie ręce.

Ref.


Wrzesień 2007


Odbicie

— Zaraz płynę...   Czy przyjdziesz na keję? Zaczekasz?
Nocna bryza nam maszty ku wodzie nachyli...
Zamachaj czymś jaskrawym: gdy stanę na deku,
będę cię jeszcze widział przez jakieś pół mili,
potem znieruchomiejesz w zatrzymanym czasie...
Weź ze sobą telefon, zadzwonię o brzasku.
Będę cię jeszcze słyszał, aż skończy się zasięg
i głos daleki zmilknie wśród szumów i trzasków.
Więc potem idź do domu i połóż się wcześnie,
śpij smacznie i wesoło. Niewarte są łez te
rozstania. Potem będę odwiedzał cię we śnie,
jak fala plażę, żeby sprawdzić, że wciąż jesteś.


Wrzesień 2007


Omnis moriar

Omnis moriar. Lecz zanim zanurzę się w ciszę
i rozwieję się w tchnieniach mgłą pisanych wspomnień,
jeszcze drzewo posadzę, jeszcze wiersz napiszę
i to drzewo tym wierszem będzie szumieć o mnie.

I jeszcze cumę oddam, pożegluję w burzę,
by kilwater mej łodzi przekreślił ocean,
tobie za wiadro farby i pędzel posłużę,
gdybyś Nic namalować kiedyś przedsięwzięła...

Omnis moriar — a jednak poeci nie kłamią.
Chociaż człowiek odchodzi i bez śladu znika,
poniesiesz w dalszą drogę uścisk moich ramion,
i twarz na zawsze pełną mojego dotyku.


Listopad 2005


Brzask

Brzask. Łyk słońca do koi zabłądził.
Czas już wstać, ruszyć członki ospałe.
Jeszcze raz oddać siusiu na lądzie,
cumy...   szpringi...   do steru!
Niech mgła ranna pożera
brzeg, gdzie w durnia trzy życia przegrałem.

Lekko chylą się żagle pod bryzą
tracą ciało dom, miasto i praca —
za to wokół wyrasta horyzont,
na dek bryzga mi niebo.
— Żegnać się? — Nie, nie trzeba,
przecież wrócę, bo zawsze się wraca.

Neptun spił się i z nieba zżarł słońce,
teraz ryczy, bo trzewia go palą.
Księżyc gwiazdy bukszprytem roztrąca...
— Mówisz, że ci brak ciepła?
Więc nie tęsknij i nie płacz,
lecz na pokład mi wbiegnij wraz z falą.


Maj 2008


Potęga

Roztrącam dziobem pustynię mokrą,
maszt się kipieli słonej pokłonił.
Fala rozbija się o widnokrąg,
rumpel próbując wyrwać mi z dłoni.
I ktoś mi w sercu światła zapala,
by mu do bicia huk morza dodać.
        — To tylko fala, to tylko fala.
        A fale, przecież, to tylko woda...

Spinaker zdarł mi wicher zajadły,
jak delfin skacze łódeczka krucha.
Na niebie rośnie czarne kowadło.
— Refuj! Bo jeszcze mocniej przydmucha!
Tu jestem! Niech mnie sztorm ten nie minie!
Niech lot ku chmurom ospałość zetrze!
        — To wiatr zachodni, to wiatr jedynie.
        A wiatr jest tylko ruchem powietrza...

Morze spieniło się od wściekłości
i wyje niby zraniony potwór.
Łajba za falą pognała w pościg —
za szybko! Z czego zrobić dryfkotwę?
Sztormiak oblepia mi się na wręgach,
łbem burzowego nieba dosięgam,
nurkuję, znowu w górę się wspinam!
A imię jachtu mego: ,,Potęga''!
        — Lecz jacht to, przecież, tylko laminat...


Listopad 2007


Cisza

Znudzony log uparcie pokazuje zero,
bo wiatr nie wstał dziś z łóżka, pewnie znów ma kaca.
Resztka fali się z wolna wygładza, zamiera,
Księżyc mrok krótkiej nocy jeszcze bardziej skraca,

naga syrena w słońcu na deku się smaży,
jak gęsta smoła błyszczy nieruchoma woda,
ciepło, sennie, bezwietrznie...   Ta durna pogoda
dobra jest dla letników, lecz wkurza żeglarzy!

Chcemy zmagań z żywiołem, nie plażowych uciech!
Tańca na fali — choćby przyszło obiad zwrócić!
Żądamy gniewu morza i grzywaczy białych!

Niech łódź szarpie wędzidło jak koń nieujeżdżony,
a tabun chmur co chwila parska na nas szkwałem!
Morze milczy...   Więc w książce znów przewracam stronę...


Sierpień 2008


ZBIOREK BAŚNI O PIRATACH I MGLE

Baśń o powstaniu z piany morskiej

Słońce z sił już opada na zachód,
będzie baśnić, bo mewy się drą.
Tajemnica zasiada na piachu,
a tęsknota kryje się za mgłą,
gdzieś po falach czarostatek błądzi...

Wtem, nim noc rozpostarła swe macki,
piana morska i szczapy na strądzie
cudem zrosły się w szkuner piracki!
Brasy, fały, gejtawy i szoty
miał skręcone z pajęczyn i piasku,
żagle z mglistej utkane tęsknoty,
na banderze czaszkę trupio-złotą.
Szyper zaś miał na oku opaskę,
jak to pirat. I przeklinał szpetnie:
,,— Do stu barrrek szczerrrbatych rrrekinów,
którrrym z krrrwawych ślepiów patrzy źle!
Na ów topórrr, którrry łeb mi zetnie!''

A tęsknota czyhała we mgle
na szaleńców z piaszczystych wybrzeży,
którzy wiatrom swe losy powierzą...

Baśń o skarbach niezłupionych

Na horyzoncie pojawił się nagle.
Najpierw był kropką znikającą w falach,
potem powoli ubierał się w żagle,
w miarę jak dystans między nami malał,
aż szyper wrzasnął:
                               ,,— Sprawa oczywista!
Ten bryg przed dziobem to bogaty Hiszpan!
Na wodzie nisko siedzi, wiezie widać
rżnięte brylanty zmieszane z perłami
z Hombremaldito albo z Cochavida.
Szykujcie gnaty, majchry, piki, rożny!
Bosman! Każdemu rumu! Bo przed nami
najpierw abordaż, a potem zamożność!''

Niech ptaki naszych marzeń rwą się w nieba!
Były zmoknięte noce, głodne świty...
Lecz odtąd będzie więcej niż potrzeba,
odtąd wystarczy i wina, i chleba,
będą nas kochać piękne señority!

Działo nabite. I haki na linach.
W spoconej dłoni ściskam szablę wierną.
Niech się zaczyna...   niech już się zaczyna...
Dziwnie wygląda z bliska statek wrogi:
na burcie napis ,,EL SUEÑO ETERNO'',
a na pokładzie brakuje załogi!
Burty łamiemy, reling rżniemy w strzępy —
lecz po co, skoro nikt nie broni wstępu?!

W tym brygu cichość jak gwóźdź w bucie tkwi.
Zgraja piratów zdębiała ze szczętem,
patrząc, jak kłębki jadowitej mgły
sączą się w górę spod desek pokładu,
rosną, na naszych ramionach się kładą...

Parzą!
             Ktoś krzyknął: ,,— To statek przeklęty!
Skaczmy do morza!''
— I za tym rozkazem
daliśmy susa, żeby zmyć zarazę.

Ktoś dał się zdeptać, nie wiadomo czemu,
ktoś chciał na pokład, lecz trapu nie sięgał,
kogoś skurcz chwycił i dopłynąć nie mógł...
Potem ,,— Staw marsle!'' — i bryg z klejnotami
wnet stał się kropką, hen, na widnokręgu.

Niechaj piratów innych sobie mami.

Pieśń o porcie

Gdy szkwałem spod chmury rozwrzeszczą się czorty,
gdy tafla pod dziobem kipielą się spieni,
rozglądaj się, bracie, za portem,
niech morza nie będzie ci żal,
choć płyną piraci tęsknotą niesieni
w zamgloną dal.

Strach chwyta za gardło, zaciska aortę,
już myślisz, że giniesz, więc pytasz się ,,— Za co?!''.
Rozglądaj się, chłopie, za portem
i z rąk załamanych zmyj sól.
Kto ciepło i zieleń polubił, niech wraca
do swoich pól.

Aż w końcu odpłyną fal groźnych kohorty
i usną żeglarze jak dal mgłą zasnuci.
Marynarz zatęskni za portem,
na rum do tawerny by wpadł,
dziewczynie naręcze obietnic by rzucił
jak kurz na wiatr...

Baśń o dukatach, trupie i pięknej księżniczce

Pirackie statki wożą tajemnice straszne...

Wprawdzie ster mają z tyłu a bukszpryt na przedzie,
szyper mieszka na rufie, majtek przed fokmasztem
i na fali jak windą w dół i w górę jedzie,
maszty pną się pod niebo a reje poziomo —

lecz z daleka od uszu i ócz
jest ładownia zamknięta na klucz,
a w niej coś jest ukryte. Lecz co? — nie wiadomo...

Wredny Bolek do środka raz zerknął przez kraty
ujrzał ogromny kocioł, w nim złote dukaty.

Lecz Rychu Piącha, ten co stale w durnia łupie,
wie, że Bolek się myli, trup tam leży raczej,
bo na wachcie czuć nieraz przykry odór trupi.

Na to zaśmiał się głośno Heniu Krzywa Gira
,,— Co ty, kuźwa, o trupach, trup pachnie inaczej!
Jak się nie znasz na zwłokach, to coś ty za pirat?!''

A ja wiem, co ukrywa ładownia tajemna:
piękna naga księżniczka w niewoli rozpacza...
,,— Wypuśćmy ją, chłopaki! Tam jest jej za ciemno!
Rozwalmy luk! Kto ze mną?!''

I już zaraz staliśmy u drzwi,
w ruch poszły szable, piki, łomy i topory,
skoble w drzazgi, zawiasy i kłódka opadły,
pokrywa odskoczyła, jak z szampana korek...

... A z wnętrza wypełzł tylko strzęp zmęczonej mgły
która nam wytęsknione lepiła widziadła...

Baśń zamarznięta

Kiblowaliśmy w porcie w diabelską pogodę,
opowieści płynęły wraz z winem i miodem...

,,— Sopel tkwiący w przełyku pali, lecz nie boli,
do skostniałego kraju wiosna nie przychodzi.
Zima trzyma w niewoli
równiny Pohjoli,
gdzie królowa Talvehtia ma zamek na lodzie.
Szlak polarnych niedźwiedzi i polarnej zorzy
wiedzie do skarbów, jakich nigdzie już nie spotkasz.
Lecz gdy zimno cię zdroży
i dal serce strwoży,
wtedy będą cię wołać duchy dawnych przodków.
A jeszcze będziesz musiał z trollem walkę stoczyć...''

Gdy snuli powieść goście z dalekiej krainy,
szyper z głową w obłokach siedział na uboczu.
Wtem wstał i krzyknął: ,,— Ja tam na statku popłynę!''.

W drodze na północ szron nam osiadał na głowach,
gdy się przeciskaliśmy przez pola lodowe.
Blask skarbów wymarzonych aż mózgi nam ranił,
w uszach brzmiała hosanna i muzyka sfer
— lecz na razie wysiedzieć na gnieździe bocianim
ciężko było, lub w spierzchłych dłoniach trzymać ster,
grube sople zwisały ze sztormowych płócien...

Kiedy gnani zamiecią lecieliśmy w pościg,
na gołoledź pokładu wiatr nam mewę rzucił.
I bosman się użalił nad nieszczęściem ptaka,
schował ją w ciepłym miejscu...   Chłop pełen litości,
gdy poderżnąć miał komuś gardło — rżnął, lecz płakał...

Aż wiatr z sił się wydmuchał i żywioł oniemiał,
tkwiliśmy zabłąkani na śnieżnym rozstaju.
Nagle z topu grotmasztu rozległo się ,,— Ziemia!''.
Co?! Przecież tam przed nami nie ziemia lecz lód!
Ale oto staliśmy u zamczyska wrót
(z radości bosmanowi mewa zniosła jajo).

A szyper kazał majtkom poluzować szoty,
nabić działo, i wrzasnął: ,,— Talvehtio! Co prędzej
dawaj sto pudów złota
i skrzące klejnoty,
a każdemu z piratów nalej puhar wina!
Wtedy może twe życie i zamek oszczędzę.''
.

Wtedy w bramie stanęła prześliczna dziewczyna.
Co prędzej ścichły nasze rozgniewane głosy,
każdy się jej przyglądał z napiętą uwagą:
bose stopy na śniegu, szadzią kryte włosy,
suknia z sieci pajęczej, pod nią lśniąca nagość...

Podbiegła, lub podwiała jak mgła skotłowana,
otworzyła swe usta jak w lodzie przerębel,
ucałowała szypra w zaskoczoną gębę
i...   zamieniła chłopa w śnieżnego bałwana,
który, choć los go przecież potraktował srogo,
na obliczu zachował zachwyconą błogość.
Potem głos jej kusząco zabrzmiał w mroźnej dali:
,,— Chodźcie w moje objęcia! Wszystkich was przytulę!''.
I ci, co usłuchali,
już w śniegach zostali.

Inni wzrok od jej wdzięków oderwali z bólem,
i jęli, pełni żalu, że tak wiele tracą,
pakować i na statek wynosić z pałacu
rżnięte w kunsztowne wzory lodowe kryształy,
lampiony rozświetlone niewidzialną siłą,
miękki puch, delikatny i śnieżyście biały...
Trudno było tu dotrzeć — ale warto było!

Z ulgą pożegnaliśmy zmrożoną Pohjolę,
by w gwar wielkiego świata rzucić się ponownie.
Długo żeglowaliśmy przez dole-niedole,
aż noce złagodniały, pocieplały dni,
promyk słońca nam kości nareszcie rozgrzewał,
jaja wysiadywała bosmanowi mewa...

Skarby zwolna topniały. I nasze ładownie
znów pełne były wody i wilgotnej mgły...

Pieśń o wyspach szczęśliwych

Chmura pluła mżawką podłą,
słońce szpadą ją przebodło,
teraz czerwień z zaskoczonej chmury kapie.
A nasz szkuner ledwie żywy
poszukuje wysp szczęśliwych,
które tkwią jak byk na każdej morskiej mapie.
Stary liczył do kolacji
deklinacje i dewiacje,
Pierwszy sterczał nad busolą niby struty:
bezmiar fal melduje oko,
sonda krzyczy, że głęboko.
Gdzie te wyspy, które być powinny tutaj?

     A na tych wyspach w rzekach płynie wino,
     na drzewach rosną perły, tylko sięgać,
     żeglarzy wciąż niesyte są dziewczyny —
     czytałem o tym w starożytnych księgach.
     Tutaj się kończą mgłą zbryzgane dale,
     stado łakoci samo w gębę wlata,
     w telewizorze serial za serialem,
     tu można wreszcie przestać być piratem...

Dni i noce grają w berka,
piwa łyk ląduje w nerkach
i na wachcie po dawnemu czas się dłuży,
gdy szukamy wciąż od nowa
wysp szczęśliwych, wysp widmowych,
wysp, na których osiągniemy kres podróży.
Czasem ktoś nam okup płaci,
w końcu ciągleśmy piraci,
na nasz widok kogoś strach ogarnia blady,
ale tak się jakoś stało,
że łupimy bez zapału
i wolimy śpiewać tęskne serenady

     o wyspach w ptaki zasobnych w dwójnasób,
     gotowych ćwierkać nad głową wysoko,
     o dobrych wyspach, gdzie strumyki czasu
     nie gnają w wieczność, jakby było dokąd.
     Wysp rozmaitych znam na morzu wiele —
     każda przeraża samym swym wyglądem,
     lecz kiedyś znajdę szczęsny archipelag,
     tam w główkach portu...   na piachu osiądę.

Baśń o pogoni

Przebłagać oblicze księżyca staramy się daremno...

Choć statek nad wodę błyszczącą nieważką mewą wzlata,
wargami drżącymi od trwogi modlimy się o ciemność,
bo gonią nas dwa galeony i królewska fregata.

A wiodła nas mglista tęsknota, wiatr nam wanty naprężał
i sypał do kiesy talary, jak deszcz kropelki w sadzie.
Łup często braliśmy obfity...
                                         Aż dopiero dziś księżyc
nas zdradził.
Poświata urąga nam w oczy zimną prognozą klęski
i zęby struchlałe w rezonans...   Jak za mgłą nie zatęsknić?!
Rtęć lśniąca na falach się iskrzy, oczy krzyczą ,,Jak pięknie!'',
lecz serca omdlały, bo pogoń zbliża się, łaknąc krwi.

Ocalcie nam dusze, bogowie! Niech blask przeklęty pęknie!
Błagamy o tchnienie ciemności! O mały strzępek mgły!

Ze śmiercią nam tańczyć nie nowość, tylko ona nas kocha,
dziewczyny portowe nie będą nad naszym grobem płakać.
Do broni! Już lepiej paść w walce, niż gnić w królewskim lochu
lub słuchać złorzeczeń gawiedzi, tkwiąc za żebro na haku.

Dym nad fregatą! Do diaska!
Gdzie pierwszy pocisk upadnie?
Czy grotmaszt, czy rufę strzaska?
Czy wznieci gdzieś pożar?
Czy wleci do morza?
Tam pałac Neptuna na dnie
wznosi się w głębi bez skazy
skryty zaklęciem od bomb.
,,— Tam poprosimy o azyl!
Sterniku! Kurs trzymaj — w głąb!''

I oto już włosy rusałek rosną wokół zielone,
zalotne delfiny pląsają jak goście na weselu.
I płuca niesyte oddechu wciągają wodę słoną,
lecz trochę nam przyjdzie poczekać, zanim się zmienią w skrzela.

A pościg przeciera lunety, szuka z przodu i z tyłu...
Gdzie znikli? Czy pirat dał nogę? Czy morski diabeł mami?
Czy cud się wydarzył?
                                    Nie, tylko mgła w końcu się stęskniła
za nami...

Baśń ostatnia

Krwawy świt się kołysał na fali,
łzy pożegnań lały się w przystani.
W niebezpieczną podróż wyruszali
ci, co w sercach czuli żądzę dali
i w przestrzeni byli zakochani.
Burmistrz trzymał mowę:
                                    ,,— Za morzami
w grodzie złego księcia Asteropa
był w tym roku niezwykły gwiazdopad,
jakich nigdy nie ma w naszym mieście.
Gród ów zburzcie. Cały gwiezdny kamień
przywieźcie!''
.

Ale nagle, jak to bywa w baśni,
z mgły odarty horyzont zajaśniał
i na chmurach ukazał się napis:
,,Biada temu, kto chce burzyć grody,
białe plamy nakładać na mapy!''
.

Potem wicher wzburzył słoną wodę,
ćwiartkę nieba zakrył smok ognisty,
na przekąskę trzy dziewice złapał,
zerwał cumy i z ratusza dach.

Potem fala uderzyła w przystań
i strzaskała statek w luźne szczapy.

Potem wszystko pokrył miękki piach
słoną morską pianą zachlapany.

Ale jutro znów ktoś w tęsknej mgle
puści się na oślep w oceany
byle naprzód, byle dalej, byle gdzie...


Luty 2010


Komunikat

All ships! All ships! All ships!
                                                  Do wszystkich, którzy usłyszą
na żaglowcach, i jachtach, i w przystaniach, i w portach!
Ogłasza się na Bałtyk ostrzeżenie przed ciszą!
Prognoza przewiduje zero w skali Beauforta.

Niż się w wyż przenicował od Alandów do Cieśniń,
Neptuna boli trójząb, do łóżka się położył,
rusałki wodne także pogrążone są we śnie —
nie ma kto władczą dłonią żeglarzom wzburzyć morza.

Barometr wlazł na saling. Lśni jak stygnąca smoła
leniwa martwa fala, co zakryła głębiny.
Horyzont mgłą się zasnuł, szara ciemność dokoła.

Ścichła tęsknota w sercach, co nas po świecie gna,
drętwość w mózgi się wgryza i jazgot kataryny.
Dalsza prognoza: również żagle bez sił i mgła...


Maj 2010


Statkom nudzi się port

        Przekład piosenki Władimira Wysockiego

Statkom nudzi się port, więc odchodzą na kurs,
ale jednak powrócą tu przez fal niepokój.
I pół roku nie minie, jak pojawię się znów,
by pożegnać się znów,
by pożegnać się znów na pół roku.

Kto powraca? Najlepsi druhowie już nie,
wszyscy prócz najwspanialszych, najwierniejszych kobiet.
Każdy wraca — prócz tych, których serce me chce.
Już nie wierzę w swój los,
już nie wierzę w swój los, jeszcze mniej wierzę sobie.

Chciałbym wreszcie nie wierzyć, że trzeba nam znów
statki spalić, by móc nie pozostać na boku.
Ja powrócę na bank z przyjaciółmi ze snów
i zaśpiewam wam pieśń, zanim minie pół roku.


Sierpień 2024


Tęsknota

Tęsknisz? Cóż, nie mam lekarstwa dla Ciebie.
Jeśli Ci w duszy zaszumiało morze,
mogę Cię tylko przed wiatrem zasłonić
i delikatnie dotknąć Twojej dłoni.
Gdy człowiek przeszłość za sobą pogrzebie,
niech się przeszłości duchami nie trwoży.

Kiedyś mew krzykiem i hukiem przyboju
świat nas przyzywał. Budził nas nad ranem,
nęcił w dalekie krainy nieznane
i nierealne plany w głowach roił
z mgły jasnoszarej kunsztownie utkane.
O burty biła niespokojna woda,
serca waliły jak szkwał spod obłoku,
wytrzeszczaliśmy nasze oczy młode
na Sezam dla nas otwarty szeroko.

Dzisiaj już znamy te obce krainy.
Wiemy, że wszędzie taka sama bieda
i że gdziekolwiek jacht by nasz popłynął
pobiegną za nim takie same fale,
że nikt za darmo obiadu nam nie da
a wszędzie ludzie bogaci czy prości
tak jak i u nas marzą o miłości,
której na świecie za mało jest stale.

Tęsknisz? To może przyjdź do mnie na keję.
Łajba ma stare trzeszczące poszycie,
lecz kiedy bryza od Helu powieje,
jeszcze znajduje w sobie trochę życia.

Popatrz — na kei zostaliśmy sami
i znów jesteśmy naiwni i młodzi.
Wiatr w maszt jak zwykle uderza fałami.

Na cumie stoi widmo mojej łodzi...


Grudzień 2002


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025