Zachęcanie przez obrzydzanie

Cierpię na lekką paranoję. Wiecie jaką? Otóż nie mam w sobie ani grama wyrozumiałości dla nieproszonych śmieci napływających do skrzynki pocztowej. Na moim komputerze waruje surowy i nadgorliwy filtr przeciwspamowy. Już kilka razy nie wpuścił podejrzanie wyglądających listów od moich przyjaciół, za co ich niniejszym serdecznie przepraszam. Jeśli jakiejś reklamie uda się przedrzeć przez filtr, to natychmiast wysyłam oburzony protest do pocztmistrzów wszystkich serwerów, przez które ona przeszła. Raz nawet napisałem donos do Wydziału Przestępstw Komputerowych Komendy Głównej Policji (i dostałem odpowiedź, że nakłanianie do przestępstwa ich nie interesuje i że mam się zgłosić dopiero, jak już dam się nakłonić). Za każdym razem, gdy zastosowane przeze mnie środki zawiodą, nabawiam się alergii na nazwy handlowe choćby z grubsza przypominające spamera. Podobną reakcję organizm mój wykazuje wtedy, gdy po wklikaniu się na jakąś witrynkę zostanę obrzucony otwierającymi się bez mojego pozwolenia oknami. Oczywiście zabijam te okna jak wszy, zanim jeszcze zdążą pokazać swoją paskudną zawartość. A samej witryny unikam odtąd jak premier jasnych wypowiedzi.

Ja wiem, że ktoś wydał kupę kasy na reklamę. Te pieniądze posłużyły sfinansowaniu prowajderów i tym samym przyczyniły się do funkcjonowania Internetu. W interesie społecznym powinienem więc wejrzeć na tą reklamę łaskawszym okiem, wchłonąć w siebie, umieścić w ciepłym zakątku duszy i od czasu do czasu nabyć drogą kupna jakiś towar według podszeptów z tego zakątka. Ale niedoczekanie łajdaków-reklamiarzy! Towar po-spamowy wzbudza we mnie obrzydzenie silniejsze niż kożuch z mleka o przedłużonej trwałości, niż kąpiel w Zatoce Gdańskiej w miesiącach letnich, silniejsze nawet niż perspektywa konfigurowania pod Windą nietypowej karty sieciowej. Wzgląd na żaden interes społeczny nie zmieni instynktownej odrazy mojego organizmu do tej wkurzającej nachalności. Już wielokrotnie bezskutecznie próbował.

Słuchajcie, spamerzy! Nie mam nic przeciwko pieniądzom -- ale nie będę ich robił dużo i szybko wg porad Best Buyers Guide, nawet nie zamierzam czytać szczegółów. Przydałby mi się doradca prawny, ale z usług niejakiego Williama nie skorzystam. Nie trzeba było tak na mnie naskakiwać kilkanaście razy pod rząd, kiedy z utęsknieniem czekałem na e-mail od kogoś zupełnie innego. Trochę bym się może podszkolił, odchudził i odmłodził -- ale już nie w Mazowieckim Centrum Szkoleń, ani u Berry Trima, ani przez specjalne pisemko z Nowej Anglii. Bardzo lubię młode kobiety -- ale dziewiętnastoletnia gorąca Luetta marząca o sprawdzeniu, czy jestem prawdziwym mężczyzną, ma u mnie przechlapane na zawsze.

A w szczególności nie potrzebuję stu milionów autentycznych i zweryfikowanych adresów e-mailowych od EB Services.