Facet łapie siedemdziesiątkę a jeszcze nie wie, że w lecie mroźna noc zwiastuje śliczny i upalny dzień.
Okazuje się, że przed nami sprzedał jak dotąd 14 biletów. Jak to? Środek lipca 1996, godzina dziesiąta rano, śliczna pogoda, a na głównej bieszczadzkiej ceprostradzie Ustrzyki Górne -- Szeroki Wierch -- Tarnica takie pustki? Niewiarygodne.
Pierwszą parę spotykamy przy strumyku na śniadanku. Następna trójka prosi o zrobienie sobie zdjęcia na tle tablicy Bieszczadzki Park Narodowy. Zostaje przed nami dziewięć osób. Z Wołosatego nie dojdzie wiele, bo kto by tam dymał z Ustrzyk po szosie. Ci z Bukowego Berda nas nie wyprzedzą. A więc możemy mieć przez chwilę całe najpiękniejsze połoniny tylko dla siebie. Przyspieszamy, chociaż obiecywaliśmy sobie nie ścigać się na szlakach.
Na podejściu pod Szeroki Wierch mamy przed sobą jeszcze cztery osoby. I wtedy wyłania się szczyt Tarnicy oblepiony ludzkim mrowiem oraz rzeka ludzi płynąca pod górę z Wołosatego.
Gość sprzedający bilety nie ma pojęcia o pogodzie, a ja nie znam się na bieszczadzkich turystach. Ciągle myślę o nich jak o sprawnych trampach używających w górach nóg. Takich ujawniło się tego dnia czternaście sztuk plus nas dwoje. Reszta to sprawni inaczej, którzy z Ustrzyk do Wołosatego dojechali własnym samochodem. Obecnie główna bieszczadzka ceprostrada wiedzie z Wołosatego.
Od dzisiaj zacznę studiować rozmieszczenie parkingów w górach.
Nie doceniłem dziecka.
Następnego ranka mamy świeżą dziurę w namiocie. Ślad wyszarpany na plecaku świadczy o tym, że myszy usiłowały zjeść Cordurę. Ale znalazły sobie łatwiejszą drogę przez dolną kieszeń. Z plastykowego kubeczka zostały strzępy. Na pudełkach wyraźne wygryzienia, jedno trzeba wyrzucić. O dziwo, chrupkie pieczywo jest nienaruszone (a nam smakowało...). Z rzeczy poza plecakiem została zjedzona świeczka i nadgryziona plastykowa buteleczka z szamponem do włosów; wszystko pływa w szamponie.
Grzybiarz z Myczkowa uważa, że przyczyną jest jakaś zaraza wśród
lisów:
-- Teść widział jednego całkiem łysego. To i zające się rozmnożą.
Leśniczy w Widełkach mówi, że to przez nienaturalnie wysoki
urodzaj orzeszków bukowych w zeszłym roku:
-- Zawsze zaczyna się od roślin, od dołu łańcucha pokarmowego. Albo
na myszy przyjdzie jakaś choroba, albo w przyszłym roku rozmnożą się
nadmiernie ptaki drapieżne i węże. Natura to sobie zawsze jakoś
ureguluje.
Mała nie pojedzie w przyszłym roku w Bieszczady, bo węży boi się jeszcze bardziej niż myszy.
A ja nie rozumiem, dlaczego myszy są tak agresywne na oficjalnych polach namiotowych a nigdy nam nic nie zżarły na dzikich biwakach daleko od ludzi.
Po zmęczonej Połoninie Wetlińskiej w słonecznym skwarze wloką się w
obu kierunkach długie karawany.
-- Dzień dobry.
-- Dzień dobry.
-- Cześć.
Sympatyczny zwyczaj pozdrawiania się ludzi w górach przeradza się w
katorgę. Z przeciwka nadciąga następne dwadzieścia osób. Z trudem
poruszam obolałym językiem.
-- Cześć. Dzień dobry. Cześć. Cześć.
Mała buntuje się pierwsza:
-- W Sopocie na Monciaku nie witam się ze wszystkimi, to tutaj też
nie będę.
Przechodzimy bez słowa obok rodziny, która właśnie zabiera się do
konsumpcji kanapek z jajkiem, czipsów i ciepłej wody mineralnej z
plastykowej butli.
-- Tato, a dlaczego ten pan nie powiedział ,,Cześć''?
-- Są różni ludzie, synku...
Teraz wiatr usiłuje zrzucić nas z Połoniny Caryńskiej i otula chmurami jej grzbiet. Tracimy z oczu i tych, za którymi idziemy, i tych, którzy nas gonią. Jak miło! Mała coś do mnie krzyczy -- widzę jej rozradowaną twarz ale nie słyszę słów, bo kaptur wściekle trzepocze mi koło ucha. Zrzucam go do tyłu i na głowę lecą mi litry ulewy. Okazuje się, że Mała śpiewa sobie na całe gardło:
Po chwili widzę je w wesołej rozmowie z grupą młodych Słowaków. Potem
Słowacy znikają, bo udają się na Kremenaros, a dziewczyny zostają na
pólku.
-- Mój wujek zna całe Bieszczady jeszcze z czasów studenckich. Może
nas tu odwiedzi i weźmie w góry. Póki co idziemy do Siekierezady na
piwo.
Poszły. Nie ma ich już trzy godziny. Może spotkały nowych ludzi? Jutro też pójdą i kogoś spotkają... Jeśli wujek ma w sobie dawnego bieszczadzkiego feblika, to się tu nie zjawi.
A nad polem namiotowym góruje Łopiennik. Nie trzeba być tam ,,wziętym''. To tylko dwa kilometry szosą (można podjechać stopem), dwie godziny w górę uczęszczaną ceprostradą i godzina na jagodach z widokiem na Jasła i pasmo graniczne. Jedna dziewczyna patrzy na Łopiennik już trzeci rok a druga czwarty. I nawet nie wiedzą, że ta góra tak się nazywa.
Mała prosi mężczyznę, żeby odjechał na parking, bo tu są takie zasady. Mężczyzna odpowiada ,,Nie ma sprawy, odjadę'' ale nie rusza się z miejsca. Dla inaczej sprawnego turysty spalinowego oderwanie pupy od fotela jest zbyt wielkim wysiłkiem, żeby dokonać go natychmiast. Interweniuje kierownik ośrodka. Holender przeprasza i zabiera samochód. Łodzianin dyskutuje przez chwilę, w końcu się poddaje. Ten na ,,P'' się zapiera. Jest oburzony. Komu może szkodzić jego polonez? Jaką może być dla kogokolwiek uciążliwością? To wszystko brednie i on nie myśli się stosować. Nie można inaczej sprawnego oddzielać od jego protezy. Kierownik odchodzi nie dopełniwszy misji.
W Wetlinie po obwodnicy chodzą setki osób, na ogół szlakiem obóz-sklep-piwo. Między nimi przelatują samochody. Podziwiam zręczność kierowcy, który z prędkością co najmniej 70 km/godz. wpasowuje się w małą lukę między traktorem a czwórką młodych ludzi w tenisówkach i z wielkimi plecakami. Ponieważ poruszają się ku sobie, luka coraz bardziej maleje. Więc jeszcze bardziej podziwiam następnego kierowcę, który z tą samą prędkością wpasowuje się w tą samą lukę. Trzeci kierowca nie ma już szans. Przez szybę miga mi jego pełna wysiłku twarz, kiedy zmuszony jest przenieść swoją inaczej sprawną nogę z pedału gazu na hamulec.
To nasz znajomy z campingu, przyjechał po piwo. Odległość między campingiem a piwem wynosi około 500 metrów.
Gdy już cały mokry zbliżam się do Chatki Socjologów, widzę na drzewie duży plakat Ćwiczenia na orientację z dopiskiem Prosimy nie zrywać.
A więc i w tym nieatrakcyjnym widokowo Otrycie wre zwykła ludzka działalność: jedni starają się zorientować, inni im w tym bezinteresownie przeszkadzają.