Najdzikszy zakątek cywilizowanej Ameryki

Obejrzałem gejzery, gorące źródła i błocko chlupiące samoistnie pod wpływem procesów termalnych zachodzących głęboko pod nim. Przejrzałem literaturę w visitors center i zjadłem loda. Park Narodowy Yellowstone ma dla mnie jeszcze tylko jedną atrakcję: kilkudniową włóczęgę po ojczyźnie dzikich niedźwiedzi grizzli.

Już drugą godzinę stoję więc przed kontuarem, za którym urzęduje Alice, ranger Parku. Chcę uzyskać permit na overnight backcountry trip, czyli na nocleg w miejscu oddalonym od szosy. Muszę się poddać przyjętej procedurze. Najpierw na specjalnym formularzu mam zadeklarować, którą noc spędzę na którym biwaku. W tym celu muszę stać przy kontuarze, bo tam pod szybką jest jedyna mapa, na której zaznaczona jest zarówno rzeźba terenu (bardzo z grubsza, jak na wszystkich amerykańskich topo maps) jak i numery pól biwakowych. W każdym miejscu biwakowym może danej nocy przebywać tylko jedna grupa; a więc jeśli jakieś miejsce zostanie mi przyznane, to tej nocy nikogo więcej już tam nie wpuszczą.

Na razie jednak, co zaproponuję jakieś campsite, to Alice stuka w komputer, a potem z błyskiem triumfu w oku odpowiada mi, że już jest zajęte. A nieliczne wolne biwaki w żaden sposób nie chcą się ułożyć w jakąś logiczną drogę. W Parku Yellowstone chyba nie słyszano o szlakach wiodących graniami górskimi ani o wracaniu inną drogą niż się przyszło. Wszelkie szlaki wiodą wyłącznie dnami dolin i wyłącznie się rozczapierzają, ale już nie łączą ponownie. Alice kilka razy z naciskiem powtarza mi, że chodzenie poza szlakami jest zabronione. Udaje mi się tą tezę obalić przy pomocy histerycznego ataku na inną rangerkę, która przypadkowo się nawinęła, a do której Alice czuje respekt. Bushwhacking (czyli krzalowanie) jest zabronione w zaznaczonych na ,,mapie'' okolicach gawr niedźwiedzich a poza tym jest tylko not recommended.

Uff, w końcu wypełniłem formularz numerkami potwierdzonymi przez Alice jako wolne. Jeszcze tylko jej podpis... Hola, nie tak prędko. Bardzo powolnymi ruchami Alice przenosi podane przeze mnie dane do komputera.
      -- Czy to jest 6 czy G?
      -- Coś ty, kobieto, jak może być G, przecież nie ma żadnych wąsów ani nóżek a poza tym w twoim parku numery biwaków są zawsze postaci cyfra-litera-cyfra a nie cyfra-litera-litera! -- Oczywiście nie mówię tego głośno: nazwanie rangera parkowego kobietą mogłoby zostać potraktowane jako harassment.
      -- Yes, officer, this is a six, digit six.

Rzut oka na formularz i puk w klawisz. Drugi rzut oka i puk w inny klawisz. Nie ten. Gdzie ten komputer może mieć delete? Coraz lepiej rozumiem, dlaczego miś Yogi nie lubił rangerów Parku Yellowstone.

No, wreszcie wklepane. Komputer nie zgłasza zastrzeżeń, te biwaki są naprawdę wolne. Jeszcze tylko wydruk i podpis. Wolnego, teraz Alice bierze za telefon i komuś dyktuje moją marszrutę myląc się zresztą co chwila. Po chwili odkłada słuchawkę, spokojnie mówi
      -- Za daleko. -- I przystępuje do obsługi innego klienta. Jak to, za daleko?! Najdłuższy zaplanowany odcinek dzienny nie przekracza 20 mil po płaskim i to nawet przyjmując, że mapa jest w tym akurat miejscu przekłamana do niemożliwości. Powolnym ruchem Alice nakręca znowu ten sam numer:
      -- On mówi, że tam jest 20 mil. -- Udaje mi się wyjąć jej słuchawkę z dłoni i oto rozmawiam z wyższą instancją.
      -- Nie polecamy tak długich przejść dziennych. Ale skoro uważasz, że podołasz, to na własną odpowiedzialność... -- No tak, chodzi o to, czy ich potem nie zaskarżę. A ja naiwnie sądziłem, że do krainy dzikich niedźwiedzi i tak udaję się na własną odpowiedzialność.
      -- A jak zamierzasz przekroczyć Chipmunk Creek? Tam nie ma mostu, woda jest głęboka i silny prąd, nawet na koniu nie da rady. A ty masz pewnie ciężki plecak. -- Ta baba przynajmniej rozumie, że namiot, śpiwór i jedzenie na parę dni muszą swoje ważyć. W dodatku wie, którędy idę: Chipmunk Creek istotnie przecina mój szlak. Więc może pójdę w górę strumienia aż stanie się on węższy, nie powinienem nadłożyć więcej niż 10 mil nawet gdybym miał dojść do samego źródła.
      -- Tam nie ma żadnej ścieżki a za to jest mnóstwo zwalonych drzew, nie chcesz się chyba w nie zaplątać. -- Wyższa instancja zdaje sobie nawet sprawę, że po zwalonych pniach łazi się beznadziejnie wolno.
      -- To ja Ci zamiast tego proponuję... -- i zaczyna mi proponować dojechanie samochodem do trailheadu (początku szlaku przy szosie), odejście 5 mil od szosy do biwaku, następnego dnia powrót tą samą drogą do tego samego trailheadu, następnie przejechanie samochodem do innego trailheadu w inną część parku, odejście 7 mil od szosy do biwaku, powrót tą samą drogą... W końcu dopracowujemy się kompromisu. Alice wysłuchuje instrukcji swojej przełożonej i kieruje mnie na obejrzenie filmu uświadamiającego.

To video jest dobrze przygotowane i cel jego prezentacji jest jasny. Przede wszystkim jak się mam zachowywać, żeby nie zaszkodzić Parkowi. Obrazowo pokazano jak myć menażki rozchlapując brudną wodę cienką warstwą na ziemię w odległości 100 stóp od najbliższego strumyka lub jeziora; jak zakopywać własne kupki na głębokości przynajmniej 8 cali; jak zabierać ze sobą zużyty papier toaletowy i jakie jeszcze śmieci zabrać a jakie można spalić na miejscu. Nie spotkałem potem nigdzie zaświnionych biwaków, widać nauka z video działa. Druga część traktuje o bezpieczeństwie, czyli co mam robić na wypadek kontaktu z niedźwiedziem. Atrakcją Parku Yellowstone są bear poles -- poziome drągi przymocowane do drzew na znacznej wysokości, na które mam co wieczór windować na linie całe moje jedzenie oraz ubranie używane przy gotowaniu kolacji.

Mój permit leży na kontuarze ale jeszcze nie jest podpisany. Alice coś teraz niewyraźnie mamrocze pod nosem. Modli się do dokumentu, czy co? Po jakichś 5 minutach orientuję się, że ona mi po prostu czyta z tego permitu różne napomnienia. Niektóre są powtórzeniem nauki z video. Inne są zdroworozsądkową oczywistością. Jeszcze inne są bez sensu, np. uwaga, że będę musiał przejść strumyk wbród. Wszystkie rady i tak dostanę na piśmie, więc nie muszę korzystać z usług jej strun głosowych. Obok moich marszrut wydrukowano uwagi: ,,too long -- not advised'', które mam podpisać, żeby było jasne, że mnie uprzedzono.
      -- Czy masz jakieś pytania? -- Nie, Alicjo, zbiór pytań, które mnie dręczą, jest rozłączny ze zbiorem pytań, na które ty znasz odpowiedź. Spędziłem urocze popołudnie w twoim bezpośrednim sąsiedztwie, a teraz daj mi już ten permit, to może zdążę opuścić twoje biuro przed zachodem słońca.

Ojczyzna niedźwiedzi grizzli wygląda jak kraina śmierci. Lezę przez całe akry martwych sosen i świerków bez gałęzi i igieł. Na niektórych pniach znać ślady pożaru, inne zżarły szkodniki. Park Yellowstone nie ingeruje w naturalne cykle przyrody. Mam pecha, że akurat zbiegły się najgorsze momenty cyklu ogniowego oraz cyklu owadziego. Spruce worm atakuje las co osiem lat, potem drzewa przez siedem lat odżywają, a potem przychodzi kolejny atak. Ale tym razem nie ma co odżywać, bo las jest spalony.

Przez pierwsze 100 lat od powołania parku narodowego, w Yellowstone starannie gaszono wszelkie pożary, również te, które powstały przez samoistny zapłon kup suszu zbierających się pod drzewami. Potem się zorientowano, że wyhodowano całkiem sztuczny las, pełen jednolicie starych drzew, w którym młode drzewka giną z braku szansy przebicia się do światła. Pod tymi starymi drzewami leżały coraz większe kupy suchego materiału, pożary wybuchały coraz łatwiej i ich gaszenie było coraz kosztowniejsze. Przeprowadzono więc serię niewielkich eksperymentów z niegaszeniem pożarów i okazało się, że jest to dobry sposób poprawienia struktury wiekowej drzew. Więc postanowiono zostawiać pożary lasu samym sobie. I wtedy, w 1988, przyszedł wielki pożar, który zlikwidował problem kup suszu oraz starych chorych drzew a przy okazji zamienił większą część Yellowstońskich lasów w dymiące zgliszcza. Teraz, po 12 latach, dotknięcie pnia w lesie ciągle grozi usmoleniem ręki a zapowiadana inwazja młodych samosiejek na pogorzelisko jest nieśmiała i ledwie zauważalna.

Obecna polityka ogniowa Parku opiera się na prescriptions. Dla każdego fragmenciku lasu opracowano receptę określającą jaki pożar i w jakich warunkach pogodowych byłby pożądany. Pożary nie mieszczące się w recepcie są natychmiast skutecznie gaszone. Pożary z recepty tylko się pilnuje, żeby się za bardzo nie rozbuchały. A jeśli pożądany pożar długo nie nadchodzi i sterty suszu pod drzewami zaczynają być niebezpiecznie wielkie, to rangerzy sami podpalają las.

Lezę już kilka dni nudną płaską drogą przez stare zgliszcza od jednego wyznaczonego biwaku do drugiego, jak na smyczy. I rozmyślam, że nie chciałbym być dzikim niedźwiedziem w czasie pożaru mieszczącego się w recepcie. Jestem matematykiem, dlatego moje rozmyślania są tak abstrakcyjne. W konkretnym świecie napotykam tylko o wiele bardziej przyziemną faunę: myszy, chipmunki (to takie wiewióreczki wielkości myszy z pasiastymi ogonami), świstaki; raz przeszła przez drogę sarna; raz na gałęzi usiadł kruk. Nie widziałem bizona, ani łosia, ani łysego orła. Nie słyszałem wycia wilka ani szczekania kojota. Nie natrafiłem na górską kozę (nie mylić z naszą kozicą) ani na dziką owcę wielkorogą. I przede wszystkim nie natknąłem się na nic, co by mogło świadczyć o niedźwiedziach, mimo że wiem z video jak wyglądają ich ślady (tak samo jak naszych niedźwiedzi) oraz ich odchody. Czyżby misie też zakopywały na głębokości 8 cali?

Co wieczór oddaję się rytualnemu wciąganiu worka z żywnością na bear pole i nie jestem pewien, komu oddaję w ten sposób cześć: dzikim niedźwiedziom grizzli, czy oswojonym rangerom Parku Narodowego Yellowstone.