Rowek z brudną wodą

Wszędzie poza Colorado Plateau, Colorado River jest zwykłą sobie rzeką. Za to na Płaskowyżu Colorado na terenie stanów Utah i Arizona staje się najważniejszym dłutem kształtującym niecodzienny krajobraz. Oto, co zrozumiałem z wyjaśnień specjalistki. Pod wpływem naporu płyty Pacyfiku na Amerykę Północną niektóre jej kawałki zostały pogruchotane i wyciśnięte w górę -- w ten sposób powstały (i ciągle jeszcze powstają) Góry Skaliste. Inne kawałki nie dały się pogruchotać ale środek lokalnej płyty trochę się wybrzuszył, tak jak to się może przydarzyć płytce elastycznego plastyku ściskanej palcami za brzegi. To wybrzuszenie sięga do ok. 3000 metrów nad poziom morza. Jest to na tyle niewiele i sam proces odbywał się na tyle powoli, że nic nie pękło i warstwy skalne w tej płytce biegną w zasadzie całkowicie poziomo a rzeźba terenu pochodzi wyłącznie od erozji. Rzeka Colorado była tam od początku i nie dała się podnieść pod niebiosa. W najgłębszym miejscu, w Wielkim Kanionie Colorado, dno jej doliny znajduje się obecnie ok. 1500 metrów pod otaczającą je równiną -- czyli mniej więcej tyle co ze szczytu Rysów do Morskiego Oka.

Niestety wszystkie miejsca biwakowe w dole, nad rzeką, są już od dwóch miesięcy zajęte. Grand Canyon Village wypełniona jest za to ostrzeżeniami, żeby się nie ważyć próbować zejść do rzeki i podejść z powrotem w ciągu jednego dnia, bo takiego wysiłku nikt nie przetrzyma. A więc możemy zajrzeć do rowka, ale nie możemy go pomacać. Na ścieżce prowadzącej w dół rangerka Parku Narodowego pyta, dokąd wybieramy się z tymi plecakami. Odpowiadam mgliście, że w stronę rzeki, ale że zawrócimy na tyle wcześnie, żeby zdążyć przed wieczorem.
      -- Ludzie z takim nastawieniem kończą przy rzece -- mówi rangerka. -- Na razie w dół idzie się łatwo, ale potem będziecie jak na rozpalonej patelni bez żadnego krzaczka rzucającego cień. A jak spróbujecie wrócić pod górę, to się przegrzejecie i odwodnicie. Wtedy będziemy musieli wysłać po was helikopter, za co zapłacicie 2000 dolarów. Codziennie kogoś w ten sposób transportujemy.

Kurczę, tyle ludzi włazi z Morskiego Oka na Rysy bez pomocy helikoptera! Ale zaczynanie wędrówki od zejścia jest faktycznie jakby wbrew naturze. Z drugiej strony mamy ze sobą po galonie wody, mnóstwo jedzenia, okulary słoneczne i nasrebrzaną płachtę, z której w razie czego można zrobić daszek. Rangerki to nie przekonuje:
      -- Przy rzece jest dzisiaj 45 stopni centigrade. -- Naprawdę podała w Celsjuszach, chyba im zależy, skoro przeszkolili personel w używaniu, na dźwięk obcego akcentu, tak nietypowych jednostek. Czterdzieści pięć stopni! Przy takich temperaturach ludzie nie uważaliby kilkudniowego spływu pontonem przez kanion za atrakcję tylko za katorgę. Baba zalewa.

Ścieżka wychodzi z lasu, przegina się w dół przez próg skalny -- i w tym momencie widok zapiera dech w piersiach. Pod stopami rozciągają się najstromsze i najbardziej skaliste góry, jakie kiedykolwiek widziałem. Ich zbocza pomalowane są w poziome kolorowe pasy -- to są te warstwy skalne, niektóre z manganem (zielone), inne z żelazem (czerwone). Ceprostrada schodząca zakosami w dół wypełniona jest dziećmi niosącymi w dłoniach butle z wodą. Zresztą dorośli też są, tylko mniej krzyczą i ledwo lezą, więc się mniej rzucają w oczy. Słońce pali jak wściekłe a krzaczków jest istotnie niewiele; te co są, trzymają się rozgrzanej skały w jakiś akrobatyczny sposób. O cień trudno... ale przecież za godzinę albo dwie słońce przesunie się na południe i wtedy pod stromymi skałami powinny się pojawić niewielkie osłonięte miejsca.

Starając się nikogo nie potrącić zbiegamy do sporego placu, na którym stoi kibelek i wielka tablica ostrzegająca: Heat kills! -- o ile nie masz możliwości spędzenia nocy nad rzeką, nie idź dalej! Obok klopa druga tablica: ,,Wody nie ma ani tu ani nigdzie poniżej! Woda w rzece nie nadaje się do picia!''. Kawałek dalej leży stos kartonowych pudeł z wodą i ostrzeżeniem, żeby nie brać bez konieczności, bo od niej może zależeć czyjeś życie. Nie wiem, czy te pudła dostarczają karawany mułów (jedną spotkaliśmy), czy też helikoptery. Właśnie widać jeden głęboko w dole nad niewidoczną z tego miejsca rzeką. Pewnie poluje na swoje codzienne 2000 dolarów.

Amerykanie są wrażliwi na takie tablice ostrzegawcze, więc ceprostrada poniżej jest prawie pusta. Z rzadka spotykamy na niej ludzi z worami -- zapewne mają zarezerwowany biwak przy rzece. Słońce przesuwa się, ale nie na południe, tylko w górę, do zenitu, kolorowe skały są coraz bardziej rozpalone. Kamienie pod stopami jakieś zakurzone i ten kurz unosi się przy każdym kroku utrudniając oddychanie. Ale skały nad głową mają czasem nawisy, pod którymi jest cień. W dodatku cały czas wieje wiaterek -- chyba bryza spowodowana lokalnymi różnicami temperatur wewnątrz kanionu. Jest ona ciepła i zapewne jeszcze bardziej odwadnia nasze ciała, jednak miło że wieje.

Za którymś załomem odsłania się widok na rzekę. Płyną po niej duże pontony ze śmiałkami, którzy odważyli się na sforsowanie spienionej wody... oczywiście pod opieką doświadczonych przewodników i przy pomocy sprawnych cichobieżnych silników zamontowanych do pontonów. Śmiałek musi się tylko odważyć, wiosłowania się od niego nie wymaga. W zacienionych miejscach przy ścieżce spotykamy przegrzanych ludzi. My też czasem przystajemy i staramy się ochłonąć z upału. Wszystko jest coraz gorętsze, ale to może znaczyć 35 stopni, na pewno nie 45. Wprawdzie gorąco, ale nie aż tak, żeby wzywać helikopter, który przelatuje teraz raz po raz nad głowami czyhając na nasze 2000 dolarów. Pewnie ma klimatyzację, cholernik.

Przed samą rzeką ścieżka przechodzi przez tunel w skale wypełniony wodą zmieszaną z moczem (chyba od mułów). Chłodek jest miły, cenny i śmierdzący. U wyjścia z tunelu wisi most nad rzeką. Zeszliśmy. Teraz zapewne nie przetrzymamy podejścia. Towarzystwo na pontonach płynących po brudnej wodzie wygląda na znudzone -- na przełomie Dunajca w Pieninach bywa weselej. Tablice na brzegu informują nas, że tu kiedyś mieszkali na stałe Indianie. Nie umiem wymyślić, czym mogli się żywić na tej gorącej pustyni. Tablica mówi, że klimat był trochę inny, więc udawały się jakieś uprawy. Nie umiem wypatrzeć kawałka skały na tyle niepionowego, żeby mogła się na nim utrzymać gleba. Orali kamień?

Zwolna leziemy w górę. Nie ma co się spieszyć, bo co za różnica, czy dojdziemy o dziesiątej czy o jedenastej w nocy? Zresztą nie chcemy się przegrzać i zapłacić 2000 dolarów za helikopter. Mijamy się z jakąś staruszką, którą wyprzedziliśmy w drodze w dół. Wygląda na zgrzaną ale pełną humoru. Poza tym droga jest pusta -- wszyscy poszli na kolację. Z wyjątkiem małego grzechotnika opalającego się na kamieniach oraz nietoperzy latających nad głowami. Jeden zawisł nieruchomo koło jakiegoś kwiecistego krzaczka... -- kurczę, to wcale nie jest nietoperz, tylko taki typowy koliber z czytanki szkolnej! Czy ptak może wypełnić niszę ekologiczną zwolnioną przez nietoperza?

Wychodzi księżyc i rozpalony piec zamienia się w romantyczną dolinkę. Przechodzimy przez próg i skalista rozpadlina głębokości 1.5 kilometra, w której spędziliśmy upalny dzień, znika tak samo nagle, jak z rana się pojawiła. Dookoła sterczy nieruchomy las. Naszej rangerki już nie ma na ścieżce. Śpi i męczy ją koszmar. Śni, że rozpaczliwie stara się nas powstrzymać przed zstąpieniem do Piekieł, ale nie może wydobyć z siebie głosu, więc my i tak zstępujemy.