Czego mi będzie brakowało

Sesja egzaminacyjna dobiega końca, na biurku mam już bilet na samolot do kraju, najwyższy czas na uroczyste podsumowanie. Dotąd poświęciłem wiele uwagi tym cechom Ameryki, za którymi nie będę tęsknił po powrocie. Za niektórymi będę.

Będzie mi z pewnością brakowało tego, jak nieznajomi ludzie się do siebie uśmiechają, jak się pozdrawiają i życzą sobie miłego dnia, tylko dlatego, że przypadkowo spotkały się ich oczy. Jasne, że robią to machinalnie i bez głębszej sympatii, ale to i tak przyjemne. Nie wiem, czy to cecha ogólnoamerykańska, czy tylko prowincjonalna. W Nowym Yorku niczego podobnego nie doświadczyłem, ale w małych dziurach i na drogach -- wszędzie. Ze smutkiem stwierdzam, że nie jestem w stanie uczestniczyć we wzajemnym pozdrawianiu na należytym poziomie. Mięśnie mojej twarzy są mniej sprawne w generowaniu uśmiechu bez powodu niż mięśnie tubylców, więc moje reakcje są zawsze spóźnione.

Będzie mi brakowało powszechnego przekonania ludzi wokół, że żyją we wspaniałym kraju i mają świetne życia. Przekonanie to nie ma żadnego związku z rzeczywistością, bo wschodni Kansas to jest tak nieciekawy kawałek świata, że gorszy od niego jest tylko Kansas zachodni (i może jeszcze Nebraska). Ich życia są lepsze materialnie niż w większości krajów świata, ale świetne nie są. Raczej potwierdzają, że żaden stopień zasobności nie chroni przed pustym płaskim krajobrazem bez rzek i lasów, przed nudą i codzienną monotonną harówką.

Przekonanie o wspaniałości Ameryki bierze się z nastawienia do życia. Sukcesy się eksponuje a niepowodzenia pomniejsza, zarówno w życiu publicznym jak w prywatnym, tak żeby królowało zadowolenie. Ale Amerykanie nie udają, że są zadowoleni, oni zadowoleni. Powszechna autosugestia naprawdę działa. I stale spotykają się z nieszczęśliwymi cudzoziemcami, którym wszędzie jest źle a już najgorzej w starym kraju. Jedyny wniosek, jaki mogą wyciągnąć z takich spotkań Amerykanie, to że ich kraj jest pod każdym względem lepszy od starych krajów. Nie warto ich przekonywać, że istnieją style życia atrakcyjniejsze niż American way of life, bo po co powiększać światowe zastępy narzekaczy.

Będę tęsknił za niektórymi (nie wszystkimi) cechami życia publicznego. Na przykład za łatwością, z jaką sprawy zostają zamknięte. Przetacza się przez Amerykę kontrowersja, porusza wszystkich, skłóca społeczeństwo, potem znajduje jakieś rozstrzygnięcie w sądzie lub w Kongresie -- i się kończy. Naprawdę. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, wszyscy robią dobrą minę i zajmują się nowymi problemami. Sprawy przebrzmiałe nie wywołują emocji, nikt się nimi nie interesuje i stąd zapewne rażący Europejczyków ahistorycyzm Amerykanów.

Podoba mi się, na jak niskich szczeblach podejmowane są decyzje. Nasz wydział chciałby zatrudnić młodego informatyka o dużym dorobku, ale on sobie zażyczył wygórowanego wynagrodzenia. Okazuje się, że żadna siatka płac nie zabrania przyznania mu takiego wynagrodzenia. Decyzja, czy to zrobić, leży w rękach department head -- czyli na najniższym szczeblu organizacji uniwersyteckiej. Pytałem w banku, czy będą honorować moje dyspozycje z Polski i co ma na nich być, żeby honorowali. Okazało się, że nie ma żadnych przepisów. Urzędniczki bankowe przy mnie się naradzały, czy będzie bezpiecznie uznawać dyspozycje e-mailowe (ja odradziłem). Wszędzie w Europie (wcale nie tylko w Polsce) istnieją ścisłe reguły odbierające swobodę działania zarówno department head jak i panienkom z banku.

Pewnych rzeczy nie rozumiem, ale tak mi się podobają, że aż strach. Na przykład jak to jest, że ludzie płacą podając przez telefon numer karty kredytowej i nie są na tym stratni. Bez trudu potrafiłbym wykonać zakup na cudzą kartę kredytową, wystarczy, żebym znał jej numer, expiry date i nazwisko oraz adres właściciela; karty nie muszę mieć w ręku fizycznie. Żadna z tych danych nie jest poufna. W szczególności, jeśli raz dokonam takiej zapłaty, to panienka przyjmująca ją ode mnie, od tej chwili ma je już wszystkie w ręku. Wyjaśnienia tubylców indagowanych przeze mnie w sprawie bezpieczeństwa takich transakcji są wątłe i niepewne, sprowadzają się do tego, że jeśli właściciel karty się zorientuje, to nie zapłaci za moje zakupy, musi tylko zgłosić protest w banku. No dobrze, ale jeśli będę wykonywał dużo drobnych zakupów na wiele kart, to się nie zorientuje, bo mało kto analizuje wyciągi; a jeśli się zorientuje, to zapłaci bank. Ta ostatnia okoliczność powinna utrupić system płacenia przez telefon jeszcze skuteczniej. A jednak to działa i jest bardzo wygodne. Widać Amerykanie nie starają się zniszczyć pożytecznej instutucji dla chwilowej korzyści.

Będę więc tęsknił za poważnym traktowaniem interesu publicznego i prawa. Oczywiście nie mam na myśli wielkich przestępstw, z którymi zwykły człowiek styka się rzadko, tylko drobne sprawy, takie jak przepisy drogowe, stosunki w zakładzie pracy, prawdomówność w relacjach obywatela z urzędem, itp. Nie zauważyłem ani śladu polskiego olewania przepisów. Jeśli ktoś to już robi, to w ramach głośnej i otwartej akcji civil disobedience. Poważne traktowanie dotyczy również zasad etyki zawodowej. Człowiek otwarcie kierujący się takimi zasadami wcale nie jest ani młody, ani naiwny, i z niczego się nie urwał. Chyba żeby przyjąć, że cały kraj jest młody, naiwny i urwany.

I jeszcze będę tęsknił za pustynnym krajobrazem płaskowyżu na zachód od Gór Skalistych. Jego geologia przypomina, że aby górować nad światem wcale nie trzeba zostać wyniesionym pod niebo, jak Tatry lub Alpy. Wystarczy odczekać, aż górne warstwy tego świata zabierze erozja. Ale trzeba samemu nie ulec erozji.